Translate

czwartek, 30 czerwca 2011

Nauka z ran płynąca





W długi czerwcowy weekend odwiedziliśmy Kazimierz nad Wisłą. Orzeszek, jak zwykle na wyjeździe i jak rzadko w domu, był grzeczny, zgodny i wytrzymały. Renesansowe miasteczko okazało się rajem dla małej dziewczynki pragnącej być królewną, a wizyta na zamkowej baszcie rozpaliła wyobraźnię Orzeszka do tego stopnia, że zapomniał nawet o swym zwyczajowym: "Bolą mnie kolanka!"
To wszystko nie znaczy jednak, że Orzeszek zachowywał się nierozsądnie, odłączał się od "mamki i tatunia" albo ryzykował wspinaczkę na własną rękę. Skądże! Wręcz przeciwnie.
Kiedy "tatuń" znudzony tradycyjnym wejściem na Górę Trzech Krzyży postanowił ruszyć na przełaj, Bisia krzyknęła:
- Co ty lobis!? - a potem wskazując na swoją bliznę nad okiem dodała - Widzis to? Widzis? Chces mieć taką samą?
Cóż miał zrobić biedny "tatuń"? Zawrócił z obranej drogi i cicho westchnął...
- Jajko mądrzejsze od kury.

sobota, 18 czerwca 2011

Wstydliwa profesja



Chcemy być wzorem dla swoich dzieci. Skrycie marzymy, by kiedyś powiedziały, że chcą być takie jak my i robić to co my. Może to nawet sensowne, jeśli jest się adwokatem, lekarzem, czy inżynierem od dróg i mostów, ale poza tym...
- Mamo, cy ty jesteś celnikiem? - zapytał mnie dziś Orzeszek.
- Tak. - odpowiedziałam i wywołałam fontannę łez.
- Nie mozes być! Nie mozes być! - spazmowała moja córka, a ja zastanawiałam się o co jej chodzi.

W końcu stoimy na straży granic Unii, chronimy ginące gatunki i własność intelektualną, informatyzujemy się na potęgę. Trzylatka może tego nie wiedzieć, ale żeby aż płakać???

- Bisiu - próbowałam ją uspokoić - to nie jest taki najgorszy zawód.
- Jest najgolsy, jest! - chlipał Orzeszek.
No fakt... to prawie "najstarszy zawód świata". Już w czasach biblijnych nie chciano nawet jadać z celnikami i poborcami podatków. Ale... zaraz, zaraz, w końcu jeden z nich, Mateusz, został ewangelistą. O co temu dziecku chodzi???
- Bisiu - zaczęłam się tłumaczyć - ja mam taką pracę.

- A w domu nie jesteś celnikiem? - Orzeszek wytarł oczy.
- Nie, w domu jestem twoją mamą. - odpowiedziałam trochę zaskoczona - A myślałaś, że jestem?
- Tak - odrzekł smutno Orzeszek - i dlatego płakałam.
Morał? Albo powinnam przystopować z opowiadaniem o pracy, albo moje dziecko ma coś do ukrycia, bo przecież "celnicy widzą więcej".

środa, 15 czerwca 2011

Od kuchni



Latem Orzeszek robi się niejadkiem obiadowym. Śniadania i kolacje pochłania jak zwykle, ale przekonanie jej do obiadu staje się nie lada wyczynem. Staram się wymyślać jakieś nowości, ale czasem nie skutkuje, a czasem mi się nie chce, więc pozostaje zamrożony na „czarną godzinę” sos boloński. Pełnoziarniste spaghetti działa bez pudła. Bisia już w czasie gotowania kręci się po kuchni i pyta:
- Będzie makalon?
A kiedy zasiada do stołu, udaje, że się dziwi:
- Ooo, makalon… jakiś taki lobaczywy…
Chwilę ogląda te swoje robaki i zaczyna szuflować…, a potem prosi o dokładkę.
Serce rośnie! Zwłaszcza że poprzedniego dnia ledwo udało się wcisnąć ćwierć gałki, a jeszcze wcześniej tylko surówkę. Tymczasem z robaczywym makaronem nawet „obzydliwa” sałata robi się „pycha” i nie trzeba ciasteczek na deser. Cóż, najlepsze są proste rozwiązania.

sobota, 11 czerwca 2011

Kobra

Wróciłam ze służbowych wojaży w sam środek kryminału. Orzeszek knuje bowiem jak nas otruć. Może nie jest to zbrodnia doskonała, bo po prostu podchodzi i mówi: "Tatuń, wypij zatlute wino!" albo: "Natlę cię zatlutym olejkiem", ale strach jest. Zwłaszcza, że uśmiecha się przy tym szatańsko, a jak już się tego wina napijemy, woła: "Ha, ha, otlułam was i telaz umalniecie!"
Próbujemy na nią wpływać, mówiąc, że jeśli "umarniemy", nikt jej nie da jeść, nie wykąpie i nie włączy bajki na dobranoc. Na razie działa.
Orzeszek przybiega z antidotum i stwierdza: "No to was odtluje.", ale jak zacznie sięgać do górne j półki w lodówce i obsługiwać komputer, odtruwanie przestanie się jej opłacać. I co wtedy? Arszenik i stare koronki?

sobota, 21 maja 2011

Umiesz liczyć, licz na siebie



Orzeszek się obraził. Nie chce, żebym mu czytała na dobranoc, nie chce jedzenia, które przygotuję, w ogóle nie chce mnie. A było tak…
Wracam wieczorem do domu, a Orzeszek z tatusiem oglądają „Gwiezdne wojny.” Delikatnie sugeruję, że chyba czas na kąpiel i wychodzę jeszcze raz w bardzo ważnej sprawie. Kiedy wracam Orzeszek jest już umyty, przebrany w piżamkę i właśnie kończy oglądać „Bolka i Lolka.”
- No to idziemy spać – mówię, gdy pojawiają się napisy.
- Nie – oponuje Bisia – jesce jedna bajka!
- Nie, idziemy spać – jestem twarda – możesz wybrać, kto przeczyta ci bajkę, mama czy tata.
- Nie – upiera się mała – nie będę cytać i nie będę spać!
- Takiego wyboru ci nie dałam – odpowiadam bezdusznie – liczę do trzech, jeśli nie przyjdziesz sama....
Nie kończę groźby, bo Orzeszek zaczyna płakać.
- Nie lic tak do mnie! – krzyczy – Nie mozna tak licyć! Z tatą pójdę, nie z tobą!
I rzeczywiście idzie. Potem trzaska drzwiami i wzburzona tłumaczy tatusiowi:
- Ona do mnie licy! Nie chcę takiej mamy, co do mnie licy! Znajdę sobie inną mamę!
Za dwa dni wyjeżdżam służbowo, więc może naprawdę kogoś znaleźć albo… zatęsknić?

wtorek, 17 maja 2011

Tygrys



Z okazji wycieczki do zoo Orzeszek otrzymał tygrysa z Ikei (nie żebym była specjalnie hojną matką, promocja była, ot co). Ogromna maskota od razu stała się najlepszym przyjacielem Bisi. Mimo że prawie nic zza niego nie widziała, sama zatargała tygrysa do samochodu, a potem sama umyła, uczesała i położyła spać.
- Bisiu – zapytałam ją wieczorem – a ty nie boisz się spać z tygrysem?
- Nie – odpowiedziała – on jest łagodny.
- A czy ja też mogę z nim spać?
- Nie, bo wies, on cię nie zna i musi się z tobą oswoić.
Potem zaczęła opowiadać:
- Bo wies, on jest z Palyza i jesce nie wie, ze będzie tu mieskać i musi popatzeć i się oswoić.
- Z Paryża? – zdziwiłam się – A na metce napisali, że z Indonezji…
- Nie – wyjaśniła Bisia – z Palyza, ja go tam spotkałam i zablałam do domu i telaz on jest moim dzieciakiem. Bo wies, wceśniej on był sam i smutny i ja go wzięłam.
- Aha – tylko tyle mogłam powiedzieć – masz bardzo dobre serduszko.
W ten sposób przygarnęliśmy indonezyjskiego tygrysa z Paryża. Dobrze, że łagodnego.

niedziela, 15 maja 2011

Zoo



W poprzednią sobotę byliśmy w warszawskim zoo. Orzeszek był zachwycony. W końcu zobaczył na żywo te wszystkie „łampy, zylafy, tyglysy, słonie i nosolozce”, a nie tylko „zubly i salenki”
Zadawał mnóstwo pytań: „A co to za ptaki? A ten tyglys nas nie zje? A łampy nie spadną jak tak skacą? A kto zjada antylopy? Dlacego? Dlacego? Dlaczego?...” Podstawowym pytaniem było jednak: „A co on spozywa?”, które padało przy każdym wybiegu.
Jak widać, musieliśmy być w stałym alercie intelektualnym, a gdy intelektu nie starczało nerwowo rozglądaliśmy się za tablicami informacyjnymi. Takie tam rodzinne popołudnie.
Szczęśliwie, na jedno pytanie Orzeszek umiał sobie sam odpowiedzieć:
- Kto tam?... Hipopotam ;-)