Dzisiejsze hasło dobrze ilustruje to niezbyt miłe zaskoczenie, które przydarza mi się co piątek. Wiecie jak jest, w tygodniu pracuję, co do pewnego stopnia usprawiedliwia mniejsze zaangażowanie w fizyczną i psychiczną pielęgnację przychówku. Potem jednak przychodzi sobota, następnie zaś niedziela, kiedy próżno szukać podobnych wymówek i znów trzeba kombinować w co się bawić. Od jakichś 3 lat sypiam po 5 godzin na dobę, do niedawna było tak jednak dlatego, iż po 22:00 (kiedy już Orzeszki wykąpią się, położą do łóżek, wysłuchają ulubionej bajki, napiją się, zrobią siku, napiją się, zrobią siku, napiją się... i wreszcie na dobre zasną) wykonywałam prace domowe lub zacieśniałam więzy małżeńskie przy lampce wina. Natomiast od niemal 3 miesięcy po 22:00 często nadal pracuję, obowiązki domowe leżą odłogiem, a mąż siedzi przy lampce... oświetlającej ekran jego laptopa. O wychowywaniu Orzeszków nawet nie wspominam, bo nie bardzo jest się czym chwalić: jak trzeba gaszę pożary, poza tym nie reaguję. Sytuacja, jak widzicie, sprzyja wymianie doświadczeń i tworzeniu grup wsparcia. Ostatnio wdałam się więc w dyskusję o ograniczonych możliwościach pracy i nauki w domu (bo przecież: Mamo jeść! Mamo pić! Mamo bajkę! Mamo ona na mnie patrzy!) z kolegą o podobnym statusie zawodowym i rodzinnym, on zaś poradził, żebym po prostu zamknęła się w pokoju. No ale jak to, zdziwiłam się, a obiad, lekcje, dzieci...? A kolega na to: "Przecież matkę mają!"...
Translate
czwartek, 28 kwietnia 2016
środa, 13 kwietnia 2016
Miłości przedszkolne
Pamiętacie historię Gabrieli i Jakuba? Gwoli przypomnienia polecam zajrzeć TU. Z biegiem lat, z biegiem dni młodociane uczucie przygasło, teraz zaś w wir przedszkolnych romansów wpadł Orzeszek II. W przeciwieństwie do stałej w uczuciach starszej siostry jest on niewątpliwie lwem (smokiem?) salonowym oraz łamaczem licznych serc. Ostatnio powrócił bowiem z przedszkola z następującym zwierzeniem: "Wies mama... Pemek się we mnie zakochał..., ale moze się lozcalować." Dlaczego Przemek miałby się rozczarować, okazało się już następnego dnia, gdy odbierający Orzeszka Tatuń zastał córkę w wianuszku wsłuchanych w jej narrację oraz wpatrzonych w jej dwukolorowe oczęta wielbicieli. Jak się później okazało byli to: Mikołaje i Miłos... jej "chłopaki". I co? Dziwicie się jeszcze Przemkowi?
środa, 2 grudnia 2015
Pasowanie...
Miało być o pasowaniu na przedszkolaka, ale tak po prawdzie, niewiele mam o nim do napisania.
Tyle tylko, że było zaskakujące. Nasz aspołeczny, agresywny i absolutnie nieujarzmiony Orzeszek II okazał się bowiem wzorowym członkiem przedszkolnej wspólnoty. Dzieckiem idealnym, które uśmiecha się kiedy trzeba, recytuje co trzeba i tańczy jak trzeba... nie dziwne zatem, że Pani Dyrektor pasowała Orzeszka II bez wahania, z rezerwą patrząc na wahanie rodziców.
Zanim jednak rodzice mieli okazję obejrzeć tą cudowną metamorfozę, dziecko przyniosło zaproszenie. A jak już przyniosło, postanowiło odczytać (bo przecież teraz uczą tego jeszcze przed pasowaniem):
- Zapasam mamę i tatę na... - tu nastąpiła efektowna pauza na zaczerpnięcie oddechu - ... na pekolaka.
-A mnie? A mnie? - dopytywał się niecierpliwie Orzeszek I, bo swoje pasowanie przechorował.
Orzeszek II zastanowił się, wejrzał w zaproszenie i wodząc po nim palcem, odczytał wyrok:
- A-siost-lów-nie!
No i siostra nie poszła... Przecież napisali, że nie jest zaproszona.
środa, 4 listopada 2015
Koniec pieśni?
Naprawdę sądziłam, że już nic nie napiszę. Orzeszki są męczące, nie zasługują na internetową popularność, a tak w ogóle to nie mam czasu... tak myślałam.
Potem jednak przeżyłam czytelnicze odrodzenie i odzyskałam wenę. Co ma piernik...? - zapytacie.
Trzeba przyznać, że czytanie nie każdego zachęca do pisania. Mnie jednak zachęciło. A było tak...
Od jakiegoś czasu czułam się intelektualnym wrakiem. Coś tam nawet próbowałam czytać, ale wlokło się to niemiłosiernie i gdy tylko mogłam, wybierałam mniej wymagającego audiobooka. I nagle "Ciemno, prawie noc" Joanny Bator wessało mnie z kapciami. Wessało to dobre słowo dla współczesnej psychologiczno-historycznej powieści gotyckiej. Nie przeczytałam książki w dwie noce od dziesięciu (no dobra, dwunastu) lat, a i tego dziwadła bym nie przeczytała, gdyby napisał je ktoś z mniejszym talentem. Ryzykowne tematy, ryzykowna forma i ryzykowne eksperymenty z językiem - a jednak smaczne.
A dodatkowo pozostała mi po tej oniryczno-makabryczno-polityczno-baśniowej książce pewność, że bardzo kocham moje dzieci i zawsze chcę pamiętać o ich wyjątkowości. Cóż więc pozostało, jak nie zapisywać?
Więc (choć nie zaczyna się od niego zdania) w następnym odcinku - pasowanie na przedszkolaka.
środa, 22 lipca 2015
Życie to nie bajka
Kwietniowa data ostatniego posta wskazuje albo na brak atrakcyjnych tematów, albo na niemoc twórczą. Od razu przyznaję się, że chodzi o to drugie. Tematów było bowiem w nadmiarze... Choćby targi książki w Operze i bardzo trafione zakupy w dziale skandynawskiej prozy dziecięcej oraz bardzo chybiony wybór audiobooka "Był sobie król", po którym Orzeszek I miał koszmary, a Orzeszek II nie - bo nie chciał spać.
Albo kiermasz książki artystycznej w Arsenale i nabycie najpiękniejszego w naszej biblioteczce "Piotrusia Pana" (serio, serio, takich ilustracji dawno nie widziałam) oraz ćwiczenia z rysowania rysia i ryjówki.
Albo udział Orzeszka I w konkursie poetyckim z wierszem o... cóż za zaskoczenie... rysiu i ryjówce właśnie (wygrana lornetka i kompas do dziś pysznią się na półce z trofeami).
A może zakończenie sezonu baletowego (tym razem na prawdziwej, operowej scenie) w arcyszybkim układzie tanecznym o kurczakach?
Albo zakończenie roku szkolnego i zataczający coraz szersze kręgi spór o zatrzymanie nauczyciela?
Albo praca w urzędzie, która stała się pracą w korporacji?
Innymi słowy, trochę się działo. Ponieważ jednak, zgodnie z dzisiejszym tytułem, życie to nie bajka, jakoś nie miałam siły ni ochoty, żeby się o tym rozpisywać. Przenikliwość Orzeszka II wyrwała mnie jednak z otępienia.
Mimo przytłoczenia codziennością, udawało się nam czasem (z Tatuniem) okazywać sobie czułość. I w takiej właśnie chwili, na bezsprzecznie filmowym pocałunku, zdybał nas Orzeszek II.
- Mamo. co lobis!? - zakrzyknął wyraźnie zszokowany - To nie kęć!! (tłum.: Mamo, co robisz !? To nie książę!!)
Nie ma co ukrywać, z Tatunia żaden "kęć", a i ja już dawno przestałam być księżniczką, więc pozostało nam tylko zgodnie odrzec:
- Bo życie to nie bajka, Haniu.
środa, 22 kwietnia 2015
Nihil novi
Nie mogę się jakoś zebrać do opisywania Orzeszkowej codzienności. Mam wrażenie, że moim zmaganiom z wygadanym przychówkiem brakuje świeżości. Nic nowego pod słońcem, jak mawiał mądry król Salomon.
Człowiek się przyzwyczaja... do dyskusji na temat zdrowej żywności (...nie cę jabułka, cę koladę) i pory odrabiania lekcji (... ale przecież jak zacznę teraz, to nie zdążę się pobawić), do wojny podjazdowej (...ale jak pożyczę jej lalkę, to ona nie odda) i walki wręcz (...maaaamo, Gabisia mnie ubiła), do dyskusji o modzie (...to nie pasuje, cę tuńtę) i o urodzie (...tylko bez suszenia, suszarka niszczy włosy).
Kiedy jutro rano zbudzę Orzeszki, Hanka popędzi do łazienki i krzyknie: "Uglałam", a Gabrysia wymruczy spod kołdry, że to nie wyścigi. Wsiadając do auta, bez wątpienia odpalę "Moka lelkiego" albo "Keka". Przy obiedzie Orzeszek I zapyta, czy może nie jeść mięsa, bo chyba jest na nie uczulony, a Orzeszek II dwuznacznie poprosi: "Pojedz mnie". Zaś gasząc światło w dziecięcym pokoju znów wyświetlę gwiazdki i włączę "Małą lenkę" czytaną przez Jerzego Stuhra. Klasyczny dzień świstaka.
Zżera mnie rutyna (którą niektórzy, choć to zupełnie inna historia, uważają za samicę Yeti), a ja wciąż nie wiem jak się wyrwać z jej paszczy. No ale wiosna przyszła, więc może jakaś myśl mi zakwitnie?
Legenda:
jabułko - jabłko
kolada - czekolada
ubiła - skoro ofiara jeszcze krzyczy, to nie zabiła, a jedynie nabiła
tuńta -sukienka
uglałam - wygrałam
mok lelki - smok wawelski
kek - "Live and let die" Beatlesów, zwana tak ze względu na wystąpienie w Shreku3
mała lenka - mała syrenka
niedziela, 22 lutego 2015
Alicja Épingle
Życie każdej matki obfituje w akty heroicznego poświęcenia. Większość z nas, dla radości swych pociech, jest w stanie robić z siebie jelenia i jeszcze się tym chwalić. I właśnie o tym będzie ta historia...
Tuż przed feriami Orzeszek I oznajmił, iż zamierza wziąć udział w rodzinnej akcji UNICEF-u "Wszystkie kolory świata". Słowo "rodzinnej" zaniepokoiło mnie odrobinę, ale pomyślałam, że trzeba pochwalić dziecięcą inicjatywę i naiwnie zapytałam o szczegóły. Okazało się, że na poniedziałek po feriach powinnam (wspólnie z Orzeszkiem oczywiście) uszyć laleczkę według szablonu, a także napisać jej curriculum vitae. Tak powstała Alicja Épingle, francuska dziewczynka wprost z Paryża, której mama jest projektantką mody, a tata fryzjerem. Nietrudno zgadnąć, kto był autorem tego nieprawdopodobnego życiorysu... ja proponowałam Anaruka chłopca z Grenlandii, ale nie zyskał aprobaty.
Orzeszek odwalił kawał dobrej roboty ze stworzeniem wiarygodnej historii, więc szycie Alicji i jej kreacji pozostawił mi. Czasy ZPT-ów dawno minęły, więc biedna paryżanka wyglądała najpierw jak manekin zapaśniczy, a potem jak gumowa lala... szczęśliwie sukienka i kapelusz dodały jej nieco french chic.
Jak w pozytywistycznych nowelkach, szyłam nocami, żeby dziecko nie słyszało tych wszystkich niezbyt parlamentarnych słów, które padły przy drapowaniu koronki. Ku własnemu zdumieniu zdążyłam, a moja praca została doceniona i przez Orzeszka i przez jej szkołę.
Sądziłam, że na tym koniec. Alicja trafi na jakiś kiermasz, na którym nikt jej nie kupi i nigdy już jej nie zobaczę. Na kiermasz owszem, trafiła... Bardzo przekonująca argumentacja Orzeszka ("Mamo, to jedyny ratunek! Jakaś dziewczynka już chciała kupić Alicję i zabrać ją do domu!") zmusiła mnie do nabycia uszytej przez siebie lalki za zarobione przez siebie pieniądze.
Takich jak ja było ponoć 270...
Subskrybuj:
Posty (Atom)





