Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą milowe kroki i inne podskoki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą milowe kroki i inne podskoki. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 lipca 2017

Moje/Twoje




Nie zaglądałam tu bite pół roku. Przyczyny są dość prozaiczne. Po prostu jestem zajęta i zmęczona. Niewielka dawka syntetycznych hormonów tarczycy chyba przestała dawać radę, a do wizyty u specjalisty jeszcze 3 miesiące. Zaleta jest taka, że dobrze sypiam - wystarczy przyłożyć się do czegoś miękkiego.
Szczęśliwie znajduję jeszcze czas i siły na lekturę. Jednak z uwagi na fakt, że stałam się czytelniczym krótkodystansowcem (po 2 stronach odlatuję w ramiona Morfeusza), stawiam na pozycje pragmatyczne.
Taką właśnie lekturą okazało się "Rodzeństwo bez rywalizacji..." Adele Faber i Elen Mazlish (tak, tak właśnie tych od "Jak mówić, by dzieci słuchały..."), po którą sięgnęłam ze zmęczenia... Zmęczenia hałasem, tupotem i wrzaskiem, który nie pozwalał mi skupić myśli, a co gorsze, odpalał w mojej głowie lont (nie chcecie wiedzieć, jak duży był ten skład dynamitu).
Ku mojemu zaskoczeniu, książka okazała się objawieniem. Zawiera cztery rewolucyjne zasady:
1. Pozwól okazywać negatywne emocje (ale nie działać zgodnie z nimi),
2. Unikaj porównań,
3. Nie kochaj tak samo (a raczej tak, jak każde z dzieci tego potrzebuje),
4. Nie przyklejaj etykiet.
Gdy udaje mi się je stosować (co wcale nie jest łatwe - nawyki trudno zmienić z dnia na dzień), cieszę się z zawieszenia broni. Jeśli o nich zapominam - lont nieubłaganie się skraca.
Jak dotąd nie rozgryzłam np. tematu własności. Tu Orzeszki nie uznają rozejmów... Chcecie przykładów? Proszę bardzo! 
Orzeszka Drugiego zmogła właśnie angina i oprócz antybiotyku i innych specyfików, przyjmuje powszechnie znany lek na ból gardła w atomizerze. Lek ów jest niewątpliwie smaczny, bowiem oba Orzeszki nie mogą mu się oprzeć. Straszy i mądrzejszy Orzeszek Pierwszy, widząc opakowanie pozostawione na kuchennym stole rzuca się na nie i nie bacząc na czyhające na jego zdrowie bakterie, aplikuje sobie solidną dawkę.
Oczywiście strofuję go szorstkimi słowy: "Czyś ty zwariowała, przecież na tym jest paciorkowiec!!!" I wtedy z obłędem w oczach przybiega Orzeszek Drugi, krzycząc chrapliwie: "To mój paciorek! To mój paciorek!"
Lalkę rozumiem, pilot TV rozumiem, nawet kredkę rozumiem... Ale żeby się o Streptococcusa pyogenesa  szarpać?!

wtorek, 11 października 2016

Murarz domy buduje, krawiec szyje ubrania…




… pisał Julian Tuwim w promującym ideę solidarności społecznej wierszyku „Wszyscy dla wszystkich”. A nauczyciel naucza – chciałabym sparafrazować.
Dlaczego? Dlatego, że czuję bezradność i złość w obliczu nakładanych na mnie przez publiczną placówkę edukacyjną zadań. Co gorsza już widzę opłakane skutki moich nieudolnych i skrajnie nieprofesjonalnych prób sprostania tym zadaniom.
Zacznijmy jednak od końca, tzn. od skutków. Ostatnio z niejakim zdziwieniem (sama bowiem byłam kujonem, szkołę uwielbiałam i nie potrzebowałam żadnej motywacji z zewnątrz) zauważyłam, że Orzeszkowi I brakuje motywacji do nauki, wszystkie zaś obowiązki szkolne traktuje jak kupę g****, którą lepiej omijać z daleka bo śmierdzi i można wdepnąć. Jako Rodzic Myślący zaczęłam zadawać sobie pytanie: „Dlaczego?” Oto do jakich wniosków doszłam…
Zmęczona pretensjami: „Bo mi nie spakowałaś! Bo mi nie przypomniałaś! Bo mi nie sprawdziłaś!”, w tym roku szkolnym oświadczyłam Orzeszkowi, że sam jest odpowiedzialny za swoją pracę domową i kompletność plecaka, zaś na ewentualną pomoc może liczyć zawsze, pod warunkiem wszakże, że o nią poprosi. Zachwycona tym usprawnieniem, które nie dość, że przywraca mi skrawek wolności, to jeszcze nauczy Orzeszka odpowiedzialności i planowania, zaczęłam o nim czytać (np. tu) i, co gorsza, opowiadać. Przy okazji pierwszej wywiadówki, naiwnie podzieliłam się tą rewolucyjną koncepcją pedagogiczną z wychowawczynią Orzeszka, czym wzbudziłam konsternację wyrażoną słowami: „No nie wiem czy to się sprawdzi?”
Że się nie sprawdzi, miało się okazać już wkrótce. Nie od dziś wiadomo, że nowe zasady przyjmują się opornie. Nic więc dziwnego, że Orzeszkowi zdarzyło się zapomnieć o dokończeniu lektury, przećwiczeniu czytanki lub wykuciu na pamięć angielskiej pisowni liczebników. Wtedy zaś pojawiały się uwagi: „Brak pracy domowej!”, „Gabrysia nie przygotowała czytanki. Sprawdzę jutro!” albo moja ulubiona: „Proszę, by dzieci przychodziły przygotowane.” Wszystkie obrazowały pracę domową jako OBOWIĄZEK i nakładały na rodzica zadanie dopilnowania wykonania przez dziecko tego OBOWIĄZKU.
Nie żebym miała pretensje, rozumiem, że program napięty i trzeba gonić. Niemniej jednak, po ich przeczytaniu, w pełni rozumiem niechęć Orzeszka. Dlatego bardzo chcę powiedzieć tak…
Drogi Nauczycielu,
Zarabiasz na życie (nie wnikam czy wystarczająco, tak jak nikt nie wnika w to w moim przypadku) ucząc moje dziecko (wg słownika – przekazując mu wiedzę). Dziecko, które jest największym skarbem (bo jest moje) . Dziecko, które jest wyjątkowe (bo każdy jest). Dziecko, które ze względu na ponadprzeciętny potencjał intelektualny powiązany niestety z nieharmonijnym rozwojem w innych obszarach ma specjalne potrzeby edukacyjne (bo tak orzekli specjaliści). Wreszcie dziecko, któremu próbuję zapewnić poczucie więzi i bezpieczeństwa. Mam nadzieję, że traktujesz to zadanie poważnie, poświęcasz mu wystarczającą ilość czasu oraz wszystkie swoje zdolności i umiejętności.
Ja zarabiam na życie w inny sposób (może pobieram podatki, może buduję domy, może szyję ubrania). Traktuję swoją pracę z szacunkiem, poświęcam jej około 9 godzin dziennie (jeśli trzeba, więcej) i wykorzystuję w niej wszystko, czego się przez lata nauczyłam. Kiedy wychodzę z domu moje dziecko jeszcze śpi. Kiedy wracam – muszę zadbać o jego potrzeby fizyczne, intelektualne, emocjonalne i duchowe. Muszę pomyśleć o ciepłym posiłku, umiarkowanym wysiłku fizycznym i wystarczająco długim śnie, porozmawiać o czymś więcej niż, jak było w szkole i co zadane, wysłuchać dlaczego Zośka jest okropna, a Stasiek jest super, może zagrać w jakąś grę, może coś wspólnie przeczytać, a może po prostu się poprzytulać. Mam na to wszystko jakieś 4 do 5 godzin. Czy wspomniałam, że mam także drugie dziecko i męża???
Dlatego proszę… Nie każ mi w tym krótkim czasie, który mamy dla siebie jako rodzina być strażnikiem, bo jako strażnik mam na oku to, co ważne dla Ciebie, ale tracę z oczu to, co najważniejsze dla mnie. Widzę pracę domową, a nie widzę swojego dziecka.
Uwierz, że staram się budować w Orzeszku pozytywny obraz szkoły i zachęcać go do podejmowania wyzwań. Tyle mogę. Nie znam jednak nowoczesnych, odpowiadających na indywidualne potrzeby uczniów metod nauczania. Nie wiem jak nauczyć 8-latkę mającą problemy w poprawnym pisaniem po polsku bezbłędnego zapisywania liczebników po angielsku (legitymując się CAE nauczyłam ją bezbłędnego rozpoznawania tych liczebników, ale to ponoć za mało na III klasę). Nie wiem jak przekonać zniechęconego dzieciaka do przećwiczenia czytanki, gdy twierdzi, że nawet jak przećwiczy, to w szkole tak się zestresuje, że nie przeczyta. Nie wiem jak pocieszyć, gdy jego piękny wiersz o jesieni nie został wysłany na konkurs, bo był brzydko przepisany. Czy to nie Ty powinieneś to wszystko wiedzieć?

środa, 2 grudnia 2015

Pasowanie...



Miało być o pasowaniu na przedszkolaka, ale tak po prawdzie, niewiele mam o nim do napisania. 
Tyle tylko, że było zaskakujące. Nasz aspołeczny, agresywny i absolutnie nieujarzmiony Orzeszek II okazał się  bowiem wzorowym członkiem przedszkolnej wspólnoty. Dzieckiem idealnym, które uśmiecha się kiedy trzeba, recytuje co trzeba i tańczy jak trzeba... nie dziwne zatem, że Pani Dyrektor pasowała Orzeszka II bez wahania, z rezerwą patrząc na wahanie rodziców.
Zanim jednak rodzice mieli okazję obejrzeć tą cudowną metamorfozę, dziecko przyniosło zaproszenie. A jak już przyniosło, postanowiło odczytać (bo przecież teraz uczą tego jeszcze przed pasowaniem):
- Zapasam mamę i tatę na... - tu nastąpiła efektowna pauza na zaczerpnięcie oddechu - ... na pekolaka.
-A mnie? A mnie? - dopytywał się niecierpliwie Orzeszek I, bo swoje pasowanie przechorował.
Orzeszek II zastanowił się, wejrzał w zaproszenie i wodząc po nim palcem, odczytał wyrok:
- A-siost-lów-nie!
No i siostra nie poszła... Przecież napisali, że nie jest zaproszona.

środa, 4 listopada 2015

Koniec pieśni?




Naprawdę sądziłam, że już nic nie napiszę. Orzeszki są męczące, nie zasługują na internetową popularność, a tak w ogóle to nie mam czasu... tak myślałam.
Potem jednak przeżyłam czytelnicze odrodzenie i odzyskałam wenę. Co ma piernik...? - zapytacie. 
Trzeba przyznać, że czytanie nie każdego zachęca do pisania. Mnie jednak zachęciło. A było tak...
Od jakiegoś czasu czułam się intelektualnym wrakiem. Coś tam nawet próbowałam czytać, ale wlokło się to niemiłosiernie i gdy tylko mogłam, wybierałam mniej wymagającego audiobooka. I nagle "Ciemno, prawie noc" Joanny Bator wessało mnie z kapciami. Wessało to dobre słowo dla współczesnej psychologiczno-historycznej powieści gotyckiej. Nie przeczytałam książki w dwie noce od dziesięciu (no dobra, dwunastu) lat, a i tego dziwadła bym nie przeczytała, gdyby napisał je ktoś z mniejszym talentem. Ryzykowne tematy, ryzykowna forma i ryzykowne eksperymenty z językiem - a jednak smaczne.
A dodatkowo pozostała mi po tej oniryczno-makabryczno-polityczno-baśniowej książce pewność, że bardzo kocham moje dzieci i zawsze chcę pamiętać o ich wyjątkowości. Cóż więc pozostało, jak nie zapisywać?
Więc (choć nie zaczyna się od niego zdania) w następnym odcinku - pasowanie na przedszkolaka.

niedziela, 22 lutego 2015

Alicja Épingle


Życie każdej matki obfituje w akty heroicznego poświęcenia. Większość z nas, dla radości swych pociech, jest w stanie robić z siebie jelenia i jeszcze się tym chwalić. I właśnie o tym będzie ta historia...
Tuż przed feriami Orzeszek I oznajmił, iż zamierza wziąć udział w rodzinnej akcji UNICEF-u "Wszystkie kolory świata". Słowo "rodzinnej" zaniepokoiło mnie odrobinę, ale pomyślałam, że trzeba pochwalić dziecięcą inicjatywę i naiwnie zapytałam o szczegóły. Okazało się, że na poniedziałek po feriach powinnam (wspólnie z Orzeszkiem oczywiście) uszyć laleczkę według szablonu, a także napisać jej curriculum vitae. Tak powstała Alicja Épingle, francuska dziewczynka wprost z Paryża, której mama jest projektantką mody, a tata fryzjerem. Nietrudno zgadnąć, kto był autorem tego nieprawdopodobnego życiorysu... ja proponowałam Anaruka chłopca z Grenlandii, ale nie zyskał aprobaty.
Orzeszek odwalił kawał dobrej roboty ze stworzeniem wiarygodnej historii, więc szycie Alicji i jej kreacji pozostawił mi. Czasy ZPT-ów dawno minęły, więc biedna paryżanka wyglądała najpierw jak manekin zapaśniczy, a potem jak gumowa lala... szczęśliwie sukienka i kapelusz dodały jej nieco french chic.
Jak w pozytywistycznych nowelkach, szyłam nocami, żeby dziecko nie słyszało tych wszystkich niezbyt parlamentarnych słów, które padły przy drapowaniu koronki. Ku własnemu zdumieniu zdążyłam, a moja praca została doceniona i przez Orzeszka i przez jej szkołę.
Sądziłam, że na tym koniec. Alicja trafi na jakiś kiermasz, na którym nikt jej nie kupi i nigdy już jej nie zobaczę. Na kiermasz owszem, trafiła... Bardzo przekonująca argumentacja Orzeszka ("Mamo, to jedyny ratunek! Jakaś dziewczynka już chciała kupić Alicję i zabrać ją do domu!") zmusiła mnie do nabycia uszytej przez siebie lalki za zarobione przez siebie pieniądze.
Takich jak ja było ponoć 270...


poniedziałek, 19 stycznia 2015

Ciasteczkowe potwory




Muszę wyznać, że nie dbam o życie towarzyskie Orzeszków. Szczęśliwie nie są jeszcze w tym wieku, w którym rozsądnie jest stosować w tym zakresie jakąś formę prewencji… ta rozkosz dopiero przed nami. Natomiast organizowanie dziecięcych aktywności grupowych, warsztatów kreatywnych i innych kinderbali zwyczajnie mnie nuży i nie będę udawać, że nie. Nawet wyrodny rodzic ma jednak jakiś mniej lub bardziej intensywny instynkt oraz jakieś mniej lub bardziej wrażliwe sumienie.
Dlatego też, gdy od będącego niewątpliwym sukcesem balu księżniczek upływały kolejne, pozbawione podobnych doznań miesiące, zaś rodzice naszych ówczesnych gości, mimo nieśmiało składanych deklaracji, wciąż nie odważali się na sprowadzenie do swych niedużych mieszkań grupy wytwornych królewien (czyt. hordy barbarzyńców) – postanowiłam działać.
Pomysł nie był autorski, wziął się bowiem z blogowego czytelnictwa oraz miłości Orzeszków do mącznych wypieków. A że najlepiej smakuje to, co sami przygotujemy, padło na wieczór cukierniczy. Po domowej burzy mózgów, udało nam się wybrać dwa (zaczerpnięte stąd i stąd) przepisy na kruche ciasteczka i ustalić listę gości. Lista owa ograniczała się początkowo do dziewczynek obecnych na poprzedniej imprezie, jestem jednak osobą nieodpowiedzialną, więc w przypływie miłości bliźniego zaprosiłam jeszcze trzech chłopców oraz córkę przyjaciół. Ostatecznie piec ciasteczka miało dziewięcioro dzieci płci obojga, w wieku od lat 2 do 10. Zapowiadało się strasznie, ale jak już się naważyło piwa, to trzeba je wypić. Choć szczerze napisawszy, przy tej ilości młodzieży przydałaby się raczej seta dla kurażu.
Minimalizowanie ewentualnych strat rozpoczęłam od poinformowania rodziców gości, iż nie są mile widziani. Mogą oczywiście przyjść na degustację wypieków, ale od mojej kuchni wara. Obserwować proces twórczy pozwalam wyłącznie rodzicom dzieci (w proporcji 1:1, a nie 2:1) zamieszkałych o co najmniej  9 kilometrów od miejsca imprezy.  Szczęśliwie rodzice zrozumieli, nie obrazili się i stawili na poczęstunek przygotowany przez dzieci oraz jedną z obecnych mam (ja nie miałam siły nawet pomyśleć o dodatkowym menu dla dorosłych), dzięki czemu tego samego wieczoru bawiliśmy się na dwóch imprezach.
Potem, przy pomocy Orzeszków przygotowałam dwie kule kruchego ciasta (glutenowego i bez-), które do czasu kulinarnego szaleństwa umieściłam  w lodówce. Po naszych eksperymentach kuchnia nie wyglądała szczególnie dobrze, ale dało się ją odgruzować. Głęboko wierzę, że przy pomocy dziewiątki małych cukierników straty mogłyby okazać się nieodwracalne.
Następnie rozesłałam do rodziców gości sms-y o konieczności dostarczenia ozdób do ciastek, wałków i fartuszków. Wszyscy stanęli na wysokości zadania, bo dzieci przyjechały z lukrami i posypkami we wszystkich kolorach tęczy, a nawet z kremem czekoladowym z kaszy jaglanej (PYCHA!). Wałków wystarczyło dla wszystkich, zaś o założeniu fartuszków zapomnieli nawet gospodarze.
Przed pojawieniem się gości poddałam analizie krytycznej metraż swojej kuchni i z przerażeniem stwierdziłam, że wszyscy się nie zmieszczą. Od czego ma się jednak genialny umysł? Postanowiłam podzielić towarzystwo na dwie drużyny, bo przecież nic tak nie ożywia imprezy jak odrobina rywalizacji. Jedna drużyna pracowała więc w kuchni, a druga w salonie. Wiązało się to co prawda z koniecznością ukrycia dywanu oraz narażeniem na uszkodzenie stolika kawowego, ale podłoga przetrwała, a stolik był z Ikei. Na kapitanów drużyn wyznaczone zostały najstarsze przybyłe dzieci. Tak się złożyło, że byli to dziewczynka i chłopiec, więc i drużyny wybrali sobie według klucza płciowego.  W tym wieku hańbą byłoby współdziałać. Różnica zaznaczyła się jeszcze w jednym obszarze. Mimo że dzieci dostały równe ilości ciasta i ozdób, kobiety przygotowały trzy talerze misternie udekorowanych ciastek, mężczyźni – tylko jeden. Nie zmienia to jednak oczywistego faktu, że wszystkie ciastka były najpyszniejsze na świecie i zniknęły z talerzy jeszcze tego samego wieczoru, co zresztą nie dziwi przy takiej liczbie gości. 
W czasie wałkowania, wykrawania, pieczenia  i ozdabiania wszyscy goście okazywali ogromne zaangażowanie, zaś żegnając się zgodnie twierdzili, że bawili się wspaniale i chętnie to powtórzą Kwestię: „Ciociu, a kiedy będziemy znowu piec?” usłyszałam bez wątpienia siedem razy, a i to tylko dlatego, że własne dzieci zwykły mówić do mnie mamo. Ogólny bilans wyszedł na plus, po stronie „winien” jest tylko porysowany stolik, po stronie „ma”: „uśmiech dziecka nagrodą za trud wychowawcy”, nauka współpracy, pobudzenie kreatywności (kto widział na trzeźwo tęczowego łosia ręka do góry) i pewność , że dziewięcioro dzieci to nie za dużo na 45 m2. Polecam. Kto następny?

wtorek, 13 stycznia 2015

Ptasia restauracja



Po zachwytach wszystkich bliższych i dalszych znajomych, w końcu i my wzięliśmy się za "Rok z Linneą" Cristiny Bjork i Leny Anderson. Lekturę zaczęliśmy zgodnie z narzuconym harmonogramem w styczniu i zamierzamy kontynuować w kolejnych miesiącach. A że książka oferuje solidną porcję wiedzy przyrodniczej, a jednocześnie rozbudza dziecięcą ciekawość i świadomość - pojawił się POMYSŁ.
Pomysłem tym, skądinąd świeżym i wzruszającym, była ptasia restauracja "Karuzela", która pierwotnie miała się mieścić na naszym balkonie. 
Orzeszek I uznał, że nic nie stanowi wartości większej niż codzienne podziwianie posilających się ptaków, a już na pewno nie stanowi jej czysty balkon. Szczęśliwie udało mi się wyperswadować mu lokalizację. Musiałam przy tym odwołać się do sugestywnego opisu ptasich kup i naszej wieloletniej walki z jaskółkami oknówkami, ale opłaciło się. Jadłodajnia została przeniesiona na drzewo pod blokiem. Gości i tak możemy podziwiać codziennie w drodze do szkoły, więc aspekt edukacyjny pozostał. Na razie poznaliśmy Państwa Wróblewskich, Pana Mazurka i Panią (choć sądząc po barwie brzuszka to raczej pan) Sikorkę Bogatkę. Niestety jeszcze nie zrobiłam im kompromitujących fotek.



Zastanawiacie się może, co im serwujemy? Linnea podpowiada całą listę ptasich przysmaków. My zdecydowaliśmy się na tłuszczowo-słonecznikowe muffiny i fistaszki ze sznurka. Te pierwsze znikają do gołego sznurka w ciągu 2 dni, te drugie nie zyskały popularności (widać białostockie ptaki zimujące mają nieco inny gust niż sztokholmskie).
Muffiny przygotowujemy seryjnie ze stopionej słoniny i niełuskanych pestek słonecznika schłodzonych w silikonowych foremkach wraz z pętelką ze sznurka pakowego. Przechowujemy w lodówce i wywieszamy regularnie, bo przecież już przyzwyczailiśmy do nich naszych gości. 
Ptasie przysmaki pozbawiły nas co prawda przyjemności wieczornego pieczenia ludzkich muffinek, ale Orzeszki znoszą to dzielnie. Czegóż się nie robi dla SPRAWY!

niedziela, 28 grudnia 2014

Per aspera...






Nietrudno zauważyć, że od pewnego czasu piszę mniej. Sama zastanawiałam się dlaczego i długo nie mogłam dojść do sensownych wniosków. 
No bo owszem, mieliśmy w tym roku dłuuuugą jesień, która, jak wiadomo jest porą sprzyjającą depresji, owszem, czułam się stara i zmęczona, owszem, było kilka zawodowych stresorów, które wysysały ze mnie energię, ale... zawsze lubiłam pisać o Orzeszkach, zawsze mnie to odprężało i zawsze uśmiechałam się na myśl o nowej historii. I nagle przestało iskrzyć. Dlaczego?
Odpowiedź przyszła, gdy Orzeszek I męczył się z zadaną do domu czytanką, a ja męczyłam się z odpowiedzią na uwagę w zeszycie kontaktów: "Proszę dopilnować, żeby Gabrysia nie uczyła się czytanki na pamięć." Miałam właśnie napisać: "Proszę mi poradzić, jak mam to zrobić..." i wtedy mnie olśniło. Tym co mnie uwiera jest poczucie pedagogicznej porażki.
Orzeszek I ma problemy z czytaniem. Jest w grupie zagrożenia dysleksją. Czytać nie chce, bo mu nie wychodzi. Z pisaniem jest ok, z liczeniem też, ogólny poziom mocno nierówny. Poczytałam, pomyślałam i kierując się głównie intuicją, czytanie na razie odpuściłam. Postawiliśmy na doskonalenie pozostałych umiejętności, bo to buduje wiarę w siebie. Poza tym była ciuciubabka dźwiękowa, sylabowanie i rymowanie oraz rysowanie obiema rękami. Tekst z elementarza traktowaliśmy jak materiał do edukacyjnych zabaw. Zazwyczaj osiągaliśmy tyle, że po dwóch godzinach Orzeszek znał go na pamięć. Na początku grudnia coś zaskoczyło. Zaczęliśmy próby z czytaniem sylabowym. Orzeszek przestał się tak szybko zniechęcać i powoli zaczął składać wyrazy. Nadal czuje się pewniej, jeśli zna czytankę na pamięć, ale postęp jest widoczny. Z książki "Nauka czytania bez literowania" czyta codziennie po jednym krótkim tekście. Wydawałoby się, że osiągnęliśmy sukces.
Niestety, system edukacji jest jaki jest. Niby wszyscy w szkole wiedzą o problemach Orzeszka, niby chodzi na zajęcia kompensacyjne, ale... Wychowawczyni potrafi co jakiś czas przypomnieć, że czytanie trzeba ćwiczyć codziennie, albo powiedzieć przy dzieciach:  "Świetnie, że skończyliście, ale poczekajmy na Gabrysię." Sądziłam, że przy 16-osobowej klasie łatwiej będzie o indywidualne podejście do uczniów, ale jeśli co jakiś czas o takim podejściu nie przypomnę, podpierając się oczywiście sugestywnym opisem własnych wysiłków pedagogicznych, próżna nadzieja. 
Sensownych pomysłów na wspomaganie potencjału Orzeszka poza szkołą nie ma nikt, ani wychowawczyni, ani logopeda, ani pani od zajęć kompensacyjnych. Ta ostatnia sama się jeszcze uczy, więc podobnie jak my działa na chybił trafił. Godzina prywatnej terapii pedagogicznej kosztuje 60 zł. Kiedy podliczam koszty, myślę, że to dużo, ale kiedy co wieczór muszę pokonywać dziecięcy opór i brak wiary we własne możliwości, myślę już zupełnie inaczej. 
Najbardziej męczy mnie chyba ciągłe tłumaczenie, że my naprawdę pracujemy z Orzeszkiem w domu. Dobrym przykładem jest Pani logopeda, która uznała, że nie ćwiczymy zadanych wyrazów z kostką do gry, jak zaleciła, bo Orzeszek za każdym razem zlicza kropki. Przecież, gdyby regularnie ćwiczył w domu, pamiętałby ich układ. Zapewne... Gdyby kodował układ symboli, nie miałby problemu ani z kostką, ani z czytaniem. Niestety, problem ma.
Potrzebowałam trochę czasu, żeby to ogarnąć, ale w końcu pomyślałam: "Olej to." Zostaję więc wystarczająco dobrą matką swojego wystarczająco dobrego dziecka.

czwartek, 9 października 2014

W co się bawić?




Nie żebyśmy mieli ten dylemat w domu, tu inwencja Orzeszków nie znak granic. Ostatnim hitem jest np. skakanie ze stolika kawowego. Na razie bez ofiar śmiertelnych, ale kto wie?
Inwencja i oryginalność znika natomiast w tzw. "towarzystwie". Zapewne każdy rodzic przeżył ten pouczający moment, kiedy zabawki, które proponuje swojej latorośli okazują się, delikatnie mówiąc, passé, to zaś, co jest up-to-date, wprowadzić może w stan głębokiego szoku.
Dotąd spory luz wychowawczy. Orzeszek I szczęśliwie nie pragnął paskudnych lalek Pony, ani szkaradnych Monsterek. Ba, potrafił nawet publicznie ganić koleżanki z przedszkola... i przeżył.
Potem przyszła pierwsza klasa i okazało się, że lalki, nieważne ładne czy potworne, są dla maluchów. Starszaki bawią się w loom bands, a Orzeszek, który ich nie ma i pleść nie umie, jest wykluczony społecznie.
Na nic zdała się perswazja, że gumki z chińskiego sklepu są zapewne toksyczne i nie mają znaku CE (którego - takie zboczenie - każę szukać na wszystkich zabawkach). Nic nie pomagało tłumaczenie, że w normalnych sklepach ich nie ma. Orzeszek płakał i pytał, kiedy wreszcie mu je kupię, bo przecież nikt się nie chce z nim bawić. Przerażona biegałam po sklepach, aż w końcu znalazłam zestaw, który spełnił prawie wszystkie oczekiwania. Piszę prawie, bo oczekiwanie, że Orzeszek II nie zeżre żadnej gumki było oczywiście mało realistyczne.
Uradowany Orzeszek zaczął zgłębiać tajniki gumowego tkactwa i wkrótce, dzięki opanowaniu wzoru dragon scales, stał się rozchwytywany przez koleżanki. Cóż... łaska grupy rówieśniczej na pstrym koniu (pstrej bransolecie?) jeździ. 
P.S. Po początkowej niechęci (choć nie tak wielkiej jak do potwornych laleczek), ja też polubiłam loom bands, zwłaszcza że motoryka mała baaardzo się przy nich poprawia.

środa, 1 października 2014

Witaj szkoło!



Po miesiącu szkolnych zmagań mogę w końcu napisać jak jest… a jest nieźle. Co prawda zreformowany system edukacji zafundował nam dawkę stresu w postaci powtórnego dzielenia klas po dwóch tygodniach wspólnej nauki, ale wyszło lepiej niż się spodziewaliśmy.
1 września 2014 w naszej szkole rejonowej utworzono 9 klas po 25 dzieci (maksymalnie tyle przewiduje rozporządzenie MEN). Miasto nie wyraziło zgody na stworzenie dziesięciu mniej licznych klas, więc kiedy nadszedł wrzesień i rekrutacja uzupełniająca (czyt. rekrutacja dzieci podlegających obowiązkowi szkolnemu, których nikt nie zapisał do I klasy), czwórki dodatkowych dzieci zwyczajnie nie było gdzie upchnąć. 
Klasa Orzeszka była jedyną złożoną w połowie z 7-, a w połowie 6-latków, łatwo się więc domyślić na kogo padło. Oburzenie rodziców zrodziło oczywiście kilka absurdalnych pomysłów w rodzaju losowania dzieci itp., jednak kiedy emocje opadły, Orzeszek wylądował wraz z połową swojej dotychczasowej klasy w 16-osobowej I „j” prowadzonej przez nową, choć doświadczoną Panią Anię.
Spostrzegawcza pierwszoklasistka początkowo twierdziła, że pani jest „jakaś zakręcona” i „musi się ogarnąć” (wierzcie mi, cytuję z oryginału). Widać jednak, że się ogarnęła, bo po tygodniu zyskała pełną akceptację. I teraz już tylko świetlica jest siedliskiem wszelkiego zła.

czwartek, 11 września 2014

Negocjacje pierwsza klasa



Uzasadniając tytuł wyjaśniam, że będzie i o negocjacjach, i o pierwszej klasie, a zwłaszcza o negocjacjach w związku z pójściem do pierwszej klasy. Orzeszek I jest już bowiem uczennicą szkoły podstawowej. To wiekopomne wydarzenie poprzedziły jednak szeroko zakrojone pertraktacje.

 Zaczęło się od tornistra i mającej kolosalne znaczenie kwestii, czy będzie to tornister różowy. Orzeszek stał na stanowisku, że tylko taki wchodzi w grę, najlepiej z konikiem na przedzie. Rodzice natomiast sugerowali, że o ile w pierwszej klasie różowy tornister z konikiem jeszcze uchodzi, o tyle w drugiej to już zupełny obciach.

- Myślałam, że do drugiej klasy zamierzacie mi kupić nowy plecak. – twardo rozpoczął Orzeszek

- Myślałam, że zamierzasz nosić atestowany plecak za 300 zł dłużej niż rok. – nie ustąpiła wyrodna matka.

I kiedy w końcu osiągnięto kompromis w postaci filetowego plecaka w kropki, do akcji wkroczył Orzeszek II z własną strategią negocjacyjną streszczającą się w słowach: „To Ani! Ania do toły!” Szczęśliwie udało się go przekonać, że do tej szkoły na razie wystarczy mini-plecaczek z Roszpunką.
Następnym stadium były wszelkiej maści przybory szkolne. Uznałam, że nie ma o co kruszyć kopii. Orzeszek I wybrał więc zeszyty, bloki, teczki, ołówki, kredki i pozostałą drobnicę z kucykami, furbisiami oraz barbie. Rozochocony moją mało asertywną postawą postanowił ugrać coś jeszcze.
- Kup mi malowankę! - rzekł bez ogródek.
- Nie - odparłam w podobnym tonie - masz w domu z dziesięć malowanek.
- Ale zaczętych - kontynuowało pokrzywdzone plastycznie dziecko.
- Ale nie skończonych - nie dawałam się podejść.
- Dobrze - fałszywie obruszył się Orzeszek - mogę wcale nie rysować. A ty chyba chcesz, żebym rysowała, bo to ćwiczy rękę? 
- Chcę - byłam nieugięta - ale nie będę rozpaczać, jeśli zdecydujesz inaczej.
- Czyli nie chcesz, żebym się dobrze uczyła?
- Chcę, ale ... - tu odwołałam się do autorytetu babci - moja mama zawsze mówiła, że uczę się dla siebie, nie dla niej.
- Bez malowanki? - spytał jeszcze Orzeszek.
- Bez malowanki - odpowiedziałam.
Potem były jeszcze negocjacje z Dyrekcją, w celu umieszczenia Orzeszka w klasie ze znajomymi dziećmi. Po bataliach z własną latoroślą - bułka z masłem.
A jeszcze później przyszedł 10 września i ponowne dzielenie klas, ale to zupełnie inna historia.

sobota, 3 maja 2014

Marsz do szkoły




No to przesądzone. 1. września 2014r. Orzeszek I idzie do szkoły. Po miesiącach rozterek i wahań, zdecydowaliśmy się nie walczyć z nową koncepcją polskiego systemu oświatowego i posłać naszą 6-latkę do I klasy, tak jak życzy sobie tego Ministerstwo Edukacji Narodowej. Po długich i burzliwych debatach dokonaliśmy również wyboru szkoły. Po kolei jednak…
Naszym pierwszym zmartwieniem była kwestia, czy Orzeszek jest gotowy. Po teście gotowości szkolnej i rozmowach z nieocenioną panią Anią przyjęliśmy optymistyczne założenie, że jest (a już na pewno będzie za 4 miesiące), dlatego zdecydowaliśmy się nie ustawiać w kolejce do poradni psychologicznej. Nie oznacza to jednak, że nie było żadnego „ale”. Było nawet kilka. Nie mówię tu o marnej gotowości do nauki pisania, zwłaszcza że znam co najmniej kilka osób, które w wieku 40+ nie osiągnęły jej wcale. Rękę da się wyćwiczyć, i choć szlaczki nie zostaną raczej wiodącym elementem zdobniczym w pracach Orzeszka, nie poddamy się bez walki. Bardziej martwi mnie świadomość, że Orzeszek osiągnął satysfakcjonujący wynik testu tylko dlatego, że przeprowadzała go pani Ania – nauczyciel, który zna moje dziecko od 3 lat i wie jak wydobyć na światło dzienne pokłady jego wiedzy i umiejętności. Orzeszek bowiem skrzętnie te pokłady ukrywa. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że ze swoim grzecznie uniesionym w górę palcem, nie przebija się przez tych, którzy mówią, zanim zostaną o to poproszeni. Po drugie zaś dlatego, że brak mu pewności. Jest dzieckiem, które potrzebuje, by ktoś trzymał je za rękę i mówił: „Dasz sobie radę!” albo „Świetnie!”. Tak jest ze wszystkim, od huśtania się na podwórkowej huśtawce, przez jazdę na rowerze, czy układanie puzzli, po te nieszczęsne szlaczki. Nie dlatego, że robi coś źle, raczej dlatego, że boi się zrobić źle. W takich przypadkach specjaliści od wychowywania dzieci zrzucają winę na wygórowane oczekiwania rodziców i brak pochwał. Tyle tylko, że my Orzeszka chwalimy. Chwalimy często, wiarygodnie i z uzasadnieniem, a on nie wierzy i odpowiada: „Musicie tak mówić, bo jesteście kochającymi rodzicami.” Dużo lepiej reaguje na pochwały od pani Ani z przedszkola, pani Iriny z baletu albo pana Arka z basenu, te sprawiają jej prawdziwą satysfakcję. Niestety, nauczyciele mają zazwyczaj do pochwalenia więcej niż jedno dziecko, więc  komplementują Orzeszka nieregularnie. Staram się co prawda cichutko przypominać im o tym, gdy obiektu pochwał nie ma w pobliżu, ale czy tędy droga? Czy nie lepiej ustawić się w tej kolejce do psychologa? Nie tyle po odroczenie, co po pomoc w odnalezieniu pewności.
Drugim zmartwieniem była szkoła. Prywatna czy publiczna? Duża czy mała? Blisko czy daleko? Jak pisałam, dyskusje były burzliwe, ale wybraliśmy. Choć może wybraliśmy to za dużo powiedziane, bo Orzeszek pójdzie do szkoły rejonowej. Przekonały nas (w tym również samą zainteresowaną) dni otwarte, komunikatywność kadry pedagogicznej, najmniejsza odległość od domu i fakt, że do tej samej szkoły idą wszystkie dzieci z Orzeszkowego przedszkola. Znając Orzeszka, wiem, że nowe otoczenie tylko pogłębi jego niepewność. Dlatego lepiej, żeby znalazł się w miejscu, które mu się podoba, wśród dzieci, które zna.
Czy wybraliśmy dobrze? Nie wiem, ale wierzę, że Orzeszek sobie poradzi – nie znam drugiej tak dzielnej dziewczynki.

czwartek, 1 maja 2014

Najlepsza zabawka świata


Orzeszek II ma pewien problem z zabawkami. Albo ich nie widzi, albo go nie interesują. Za wszystkie zabawki świata wystarczyłby jej chyba długopis i stolik kawowy. Jedyną czynnością, która nie nudzi jej po 5 sekundach jest bowiem pisanie po stoliku i wchodzenie na niego (szczęśliwie to wersja ekonomiczna ze szwedzkiego sklepu meblowego). Czasem lala w wózku albo piłka zajmą Orzeszka na nieco dłużej, jednak cała reszta dziecięcych akcesoriów, misie, książeczki, kredki, sortery kształtów to już kompletna nuda. 
Jedynym wyjątkiem są klocki, zabawka absolutnie genialna i niepowtarzalna, bez dwóch zdań najlepsza zabawka świata. Orzeszek II bawi się nią sam, bawi się nią z siostrą, bawi się nią z tatą i bawi się nią z mamą. Nie krzyczy, nie bije, nie gryzie, nie ucieka, po prostu się bawi.
A zatem, jest nadzieja. Inżynierów nigdy dość.

środa, 12 lutego 2014

Smoczy język


Dziś wyjątkowo będzie o Orzeszku II, zwanym pieszczotliwie Aegonem Smokiem. Orzeszek ów zaczął bowiem przemawiać (prawie) ludzkim głosem. Jego repertuar jest chwilowo dość skromny i nie wytrzymuje konkurencji ze smoczym rykiem, którym można załatwić duuużo więcej spraw, ale zaczynamy się komunikować.
Ostatnio przeczytałam, iż do 2-latka należy mówić krótko i precyzyjnie. Tak też mówię. A Orzeszek II podobnie odpowiada, używając następujących sformułowań:
  • ania - co oznacza Hanię,
  • mama - co oznacza mnie,
  • tati - co oznacza tatę,
  • babi - co oznacza babcię,
  • dzia - co oznacza dziadka,
  • biba - co oznacza Gabrielę,
  • am - co oznacza am,
  • lale - co oznacza bajkę lub rysowani
  • lala - co oznacza dziecko lub piosenkę
  • pepu - co oznacza spacer lub smarowanie chleba masłem,
  • tita - co oznacza czytanie,
  • lulu - co oznacza lulu,
  • niunia - co oznacza smoczek,
  • ziuziu - co oznacza siusiu
  • au - co oznacza niemal wszystkie ssaki.
Obawiam się jednak, że tym sposobem ograniczam rozwój mowy mojego smoczątka. Bo jego ulubionym słowem pozostaje: "Ej!", które oznacza ni mniej ni więcej, tylko: "Ej!"

P.S. Odkryliśmy również, co oznacza niewymienione powyżej, tajemnicze "gogigogi", powtarzane przed kąpielą... oznacza golasa. Poza tym, zaczęły już powstawać związki dopełniaczowe, jak "tati lali" oraz bezokolicznikowe, jak "ania pepu". Innymi słowy, elokwencja rośnie.

czwartek, 2 stycznia 2014

Finansistka


Wszyscy wiedzą, kto w naszej ferajnie robi za gończego psa Ministra Finansów, a jak nie wiedzą, to uprzejmie donoszę, że ja. Tak, tak… skromna Mamunia jest ekspertem na tej niwie, o czym wie nawet niedoświadczony Orzeszek.
I choć własna matka ironicznie mawia o mnie: „Bo ona jest specjalistka…”, Orzeszek nie daje się zwieść tej wrogiej propagandzie. Wie, że finanse trzeba oddać w ręce zawodowców.
Ostatnio udali się z Tatuniem po świeżą porcję gotówki do bankomatu. Orzeszek niemal bez pomocy obsłużył maszynę, wyciągnął potwierdzenie i rzekł:
- Wiesz co, Tato? Ty jesteś trochę ślepawy, a ja jeszcze nie umiem czytać, więc zaniesiemy to mamie, żeby sprawdziła, czy wszystko dobrze.
No i przyniósł potwierdzenie do domu, rozprostował i  przedstawił do autoryzacji. A ekspert co? … Autoryzował.       

sobota, 14 grudnia 2013

Postawa obywatelska


Dzieci bardzo dokładnie słuchają tego, co mówią ich rodzice. Zwłaszcza, jeśli nie jest to przeznaczone dla ich uszu. Wtedy nie tylko słuchają, ale także szukają sposobności, by powtórzyć i skompromitować wapniactwo.
Nie sądziłam jednak, że dzieci potrafią krytycznie ocenić postępowanie dorosłych i udzielić im światłej rady.   Otóż, Orzeszek potrafi.
Słuchając utyskiwań Tatunia na rząd i premiera, którzy każą biednym 6-latkom iść do pierwszej klasy, nasz 5,5-latek dokonał ich analizy i rzekł poważnie:
- Tato, ja wiem, że ty nie lubisz premiera, bo każe mi iść do szkoły, ale wiesz… - tu uczynił efektowną pauzę - Premiera trzeba słuchać, bo jak nie, to cię wsadzą do więzienia!
- Naprawdę? – zdziwił się Tatuń.
- Tak – potwierdził Orzeszek – A ja nie chcę spędzić całego życia w więzieniu!
I co? Może się nie nadaje do szkoły?

niedziela, 8 grudnia 2013

Internet




Człowiek szybko przyzwyczaja się do różnych dobrodziejstw nowoczesności. Zupełnie naturalne wydaje się nam, że jeśli czegoś nie wiemy, wystarczy wpisać odpowiednie hasło w wyszukiwarce internetowej  i niemal natychmiast zyskujemy dostęp do krynicy wiedzy... albo i niewiedzy.
- Czekaj - przywykliśmy odpowiadać na pytania o lokalizacje, ceny, godziny odjazdów i przyjazdów oraz inne cuda – sprawdzę w Internecie.
Jednak rośnie już pokolenie, które umie na to fascynujące medium spojrzeć krytycznie.
- Bo wy tak zawsze wierzycie w ten Internet, a tam nie zawsze prawdę piszą! – wygłasza sentencjonalnie Orzeszek.
- A skąd ty to wiesz!? – pyta zaskoczony Tatuń
- Jak to? – odpowiada młody sceptyk – Przecież kiedyś pisali, że lalka będzie tania… a jak poszliśmy do sklepu, to była droga!
Młodzi wiedzą lepiej...

wtorek, 3 grudnia 2013

Małe księżniczki





Orzeszki są klasycznymi przedstawicielkami swej płci i choćbym wciskała im cały gender świata, one i tak będą bawić się lalkami, zakładać moje szpilki i przebierać się za księżniczki.
Właśnie, księżniczki… Czyniąc zadość błaganiom Orzeszka I zorganizowaliśmy ostatnio zupełnie niepoprawny politycznie bal księżniczek z tańcami, obwieszaniem się biżuterią, malowaniem ust oraz drobiowymi berłami, kwiatowymi kanapkami, chmurkowym ciastem i różanymi galaretkami do jedzenia. Księżniczek było 5 (Gabriela, Aleksandra, Nikola, Monika i …), w tym jedna posądzana o bycie smokiem (…Hanna). Tańczyły, udawały posągi, dzieliły się jabłkiem, podrzucały balony i prezentowały książęce umiejętności. Oczywiście okazało się, że księżniczka musi umieć śpiewać, tańczyć, grać na pianinie i rysować.
Jakoś nikomu nie wpadło do głowy, że powinna też umieć czytać, pisać i liczyć, zwłaszcza na siebie. Żeby więc ta cenna lekcja zapadła małym księżniczkom w pamięć, organizatorzy (Mamunia) odczytali bajkę o księżniczce Piwonii, która pokonała smoka i uratowała księcia. Następnie zaś, kazali gościom bronić się przed strasznym smokiem (casting do tej roli wygrał bezkonkurencyjny Tatuń).
Ponieważ towarzystwo okazało się waleczne, w nagrodę za spacyfikowanie smoka (oraz w celu otwarcia zabarykadowanych drzwi do pokoju Orzeszka) księżniczki otrzymały po zestawie królewskiej biżuterii z różowymi (a jakże) kamieniami. Potem, zmęczone rzuciły się na chmurkowe ciasto i różane galaretki. A żeby przesłanie imprezy uczynić jeszcze pozytywniejszym, odśpiewały wspólnie (bez Hanny posądzanej o bycie smokiem, bo ta tylko zionąć potrafi) piosenkę o tym, że dawanie uszczęśliwia.
Ponoć wszystkie były zachwycone. No i, choć tiule i koronki musiały im trochę przeszkadzać, pokonały smoka. To się nazywa feminizm.

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Święto podwyżki




Początek grudnia upływa nam rocznicowo, bo dziadkowie Orzeszka umyślili sobie dawno temu (dokładnie 46 i 37 lat temu) pobrać się akurat w tym zimowym miesiącu. Każdego roku staramy się zgotować im jakąś niespodziankę, ale tym razem okazja do świętowania jest podwójna. Choć jeśli dobrze policzyć, to nawet potrójna, mamy bowiem dwie rocznice i awans.
Siedzimy więc sobie w kuchni i planujemy obchody.
- To może, - proponuje Tatuń – zaprosimy rodziców do nas i uczcimy ich rocznicę razem z twoim awansem?
- To ty dostałaś awans!? – pyta zaskoczony Orzeszek – I kim teraz jesteś w pracy?
- Nooo… - odpowiadam niechętnie - … kierownikiem.
- Jak to!? – dziwi się latorośl – Przecież już dawno byłaś kierownikiem!
- W zasadzie to pełniącym obowiązki. - tłumaczę się.
- A co to jest pełniący obowiązki? – chce wiedzieć Orzeszek.
- To taki kierownik, któremu mniej płacą.
- Aaaa! – wykrzykuje mały detektyw w nagłym przebłysku zrozumienia – Czyli dostałaś podwyżkę!
- Mhm – odpowiadam.
- Fajnie! Robimy święto podwyżki!!!! – woła uradowany Orzeszek
Może i fajnie, choć zapewne fajniej by było, gdyby święto podwyżki na stałe zagościło w naszych kalendarzach, czego wszystkim pracującym mamom życzę.

środa, 13 listopada 2013

(Nie)podległość



Miało być uroczyście i światowo, z kotylionami, gęsiną, rogalami świętomarcińskimi, a w Białymstoku nawet z przytulaniem... Miało być pięknie... a było jak zwykle.
Szczerze powiedziawszy, te wszystkie marsze z prawa na lewo, czy z lewa na prawo mało nas obeszły. Trudno było jednak nie pomyśleć, że wstyd przed światem.
Jeszcze zaś trudniej było uciec przed doniesieniami medialnymi. Nawet Orzeszek zmuszony był posłuchać o marszach, podpaleniach i interwencjach policyjnych. A że głupi nie jest, szybko zorientował się w jakim pięknym kraju dane mu się było urodzić...
- Jak tak dalej będą chodzić w tym marszu podległości, - skomentował wieczorne wydanie Faktów - to całe miasto zepsują!
I tak sobie myślę, że trudno o lepsze podsumowanie tegorocznego Dnia (Nie)podleglości.