Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w domu i w zagrodzie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą w domu i w zagrodzie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 września 2017

Bez Photoshopa...



Zakosztowaliście już szczerości swoich dzieci? Ja zakosztowałam niejednokrotnie i rzadko było słodko ;-) Nikt bowiem nie potrafi sprawić, że ujdzie ze mnie cała fantazja, jak moje ukochane córki.

Orzeszek I rozpoczął edukację w IV klasie szkoły podstawowej. Ponieważ jako zdeklarowany kujon, nie jestem w stanie zrozumieć niechęci Orzeszka do pracy domowej (przecież to taka pobudzająca intelektualnie rozrywka), lekcje zazwyczaj pomaga mu odrabiać wykazujący się większym zrozumieniem Tatuń. 

Na jednej z pierwszych stron podręcznika do przyrody, jako przykład wytworów człowieka widnieje warszawski Hotel Westin, którego fotografia poruszyła w duszy Tatunia czułą strunę. Przypomniał sobie prehistoryczne czasy, gdy oboje byliśmy piękni, młodzi i zaangażowani w działalność Klubu Miłośników Zegarów i Zegarków (więcej o prehistorii przeczytacie tu). Przed 11 laty wygłosiłam na spotkaniu klubu wykład o ochronie własności intelektualnej w branży zegarmistrzowskiej, spotkanie zaś zostało zrelacjonowane w prasie branżowej. Zamiast więc skupić się na przyrodzie, Tatuń popędził po przechowywany w domowym archiwum egzemplarz Nr 4/2006 magazynu Chronos, by pokazać Orzeszkowi jego piękną i inteligentną matkę - przecież dziecko musi brać z kogoś przykład.

Orzeszek obejrzał, pokręcił głową, upewnił się, że to rzeczywiście matka, po czym podsumował:
- Jakaś ładna... Chyba ją trochę do tego zdjęcia przerobili?

- To nie przez Photoshopa, kochanie - miałam ochotę powiedzieć - To przez dzieci ;-)

poniedziałek, 27 lutego 2017

Wilczyska




Długo tu nie zaglądałam. Nie, żeby zabrakło mi tematów. Z Orzeszkami to raczej niemożliwe.
Jednak, jak wiedzą wszyscy pracujący rodzice, doba rozciąga się tylko do pewnego stopnia i dalej ani rusz.
Skoro jednak pewien wysoko postawiony czytelnik zasugerował bardziej terminowe prowadzenie zapisków, spieszę z historią z życia Orzeszków wziętą.
Jednym z ulubionych sobotnich zajęć moich uroczych panienek (poza złoszczeniem matki oczywiście) jest zabawa w „Wilczyska”. Udają wtedy watahę wilków (nie dziwcie się, role mają podwójne, a nawet potrójne), która poluje na okoliczną zwierzynę dziką i udomowioną.
Nie chcę dziś rozwodzić się nad psychologicznym znaczeniem takich zabaw, na psychoanalizę zapewne przyjdzie jeszcze czas. By zniwelować towarzyszący temu niepokój, wolę więc skupić się na aspektach humorystycznych.
Wilczyska zwykle przed polowaniem sprawdzają zasoby swojej kuchni, które konstatują ze zrezygnowaniem: „Nie ma nic do jedzenia, tylko kupa łosia z zeszłego tygodnia.” ;-(
Zmuszone tymi smutnymi okolicznościami, uganiają się głównie za zajączkami i sarenkami. Czasem trafia im się jednak szlachetniejsza ofiara.
Zdarza się bowiem, że jeden wilk warczy: „Hej, złapałem księżniczkę!”. Koledzy są co prawda pod wrażeniem, ale doradzają: „Utucz ją trochę, księżniczki zawsze są na diecie!”
No a potem… Siadamy do śniadania.

niedziela, 15 maja 2016

Lista przebojów młodszych nastolatków

Orzeszki pałają szczerą miłością do muzyki rozrywkowej. O ile jednak Orzeszek Pierwszy niezmiennie preferuje standardy musicalowe, o tyle Orzeszek Drugi gust ma kapryśny i nieprzewidywalny. Czasami doprawdy trudno zgadnąć, jakiej muzyki pragnie słuchać.
Gdy przychodzi z prośbą: "Włącz muzykę!", a ja pytam: "Jaką?", scenariusz może być następujący...
  1. "Lego", odpowiada, a ja już wiem, że chodzi o...>>>>
  2. "Jak śpiewają w samochodzie", informuje, co jest sygnałem do podróży przez epoki ze >>>>>
  3. "A fej, a fju", mówi niezbyt zrozumiale i wtedy muszę dopytać, o co chodzi, a ona tłumaczy... że to jak pani chodzi po Paryżu i płacze, bo jej mąż pojechał na wieżę Eiffla i długo nie wraca. Nadal nie kumam, ale z pomocą przychodzi Orzeszek I i wyjaśnia, że chodzi o >>>>>>
  4. "Pomalowany i pomalowana" żąda i konia z rządem temu, kto odgadnie, że chodzi o >>>>>>>

Prawdziwa "lista osobista" prawda?

czwartek, 28 kwietnia 2016

Matka Polka...

Dzisiejsze hasło dobrze ilustruje to niezbyt miłe zaskoczenie, które przydarza mi się co piątek. Wiecie jak jest, w tygodniu pracuję, co do pewnego stopnia usprawiedliwia mniejsze zaangażowanie w fizyczną i psychiczną pielęgnację przychówku. Potem jednak przychodzi sobota, następnie zaś niedziela, kiedy próżno szukać podobnych wymówek i znów trzeba kombinować w co się bawić. Od jakichś 3 lat sypiam po 5 godzin na dobę, do niedawna było tak jednak dlatego, iż po 22:00 (kiedy już Orzeszki wykąpią się, położą do łóżek, wysłuchają ulubionej bajki, napiją się, zrobią siku, napiją się, zrobią siku, napiją się... i wreszcie na dobre zasną) wykonywałam prace domowe lub zacieśniałam więzy małżeńskie przy lampce wina. Natomiast od niemal 3 miesięcy po 22:00 często nadal pracuję, obowiązki domowe leżą odłogiem, a mąż siedzi przy lampce... oświetlającej ekran jego laptopa. O wychowywaniu Orzeszków nawet nie wspominam, bo nie bardzo jest się czym chwalić: jak trzeba gaszę pożary, poza tym nie reaguję. Sytuacja, jak widzicie, sprzyja wymianie doświadczeń i tworzeniu grup wsparcia. Ostatnio wdałam się więc w dyskusję o ograniczonych możliwościach pracy i nauki w domu (bo przecież: Mamo jeść! Mamo pić! Mamo bajkę! Mamo ona na mnie patrzy!) z kolegą o podobnym statusie zawodowym i rodzinnym, on zaś poradził, żebym po prostu zamknęła się w pokoju. No ale jak to, zdziwiłam się, a obiad, lekcje, dzieci...? A kolega na to: "Przecież matkę mają!"...

środa, 22 lipca 2015

Życie to nie bajka

Kwietniowa data ostatniego posta wskazuje albo na brak atrakcyjnych tematów, albo na niemoc twórczą. Od razu przyznaję się, że chodzi o to drugie. Tematów było bowiem w nadmiarze... Choćby targi książki w Operze i bardzo trafione zakupy w dziale skandynawskiej prozy dziecięcej oraz bardzo chybiony wybór audiobooka "Był sobie król", po którym Orzeszek I miał koszmary, a Orzeszek II nie - bo nie chciał spać.

Albo kiermasz książki artystycznej w Arsenale i nabycie najpiękniejszego w naszej biblioteczce "Piotrusia Pana" (serio, serio, takich ilustracji dawno nie widziałam) oraz ćwiczenia z rysowania rysia i ryjówki. 

Albo udział Orzeszka I w konkursie poetyckim z wierszem o... cóż za zaskoczenie... rysiu i ryjówce właśnie (wygrana lornetka i kompas do dziś pysznią się na półce z trofeami).

A może zakończenie sezonu baletowego (tym razem na prawdziwej, operowej scenie) w arcyszybkim układzie tanecznym o kurczakach? 

Albo zakończenie roku szkolnego i zataczający coraz szersze kręgi spór o zatrzymanie nauczyciela? 

Albo praca w urzędzie, która stała się pracą w korporacji?

Innymi słowy, trochę się działo. Ponieważ jednak, zgodnie z dzisiejszym tytułem, życie to nie bajka, jakoś nie miałam siły ni ochoty, żeby się o tym rozpisywać. Przenikliwość Orzeszka II wyrwała mnie jednak z otępienia. 

Mimo przytłoczenia codziennością, udawało się nam czasem (z Tatuniem) okazywać sobie czułość. I w takiej właśnie chwili, na bezsprzecznie filmowym pocałunku, zdybał nas Orzeszek II. 

- Mamo. co lobis!? - zakrzyknął wyraźnie zszokowany - To nie kęć!! (tłum.: Mamo, co robisz !? To nie książę!!)

 Nie ma co ukrywać, z Tatunia żaden "kęć", a i ja już dawno przestałam być księżniczką, więc pozostało nam tylko zgodnie odrzec: 

- Bo życie to nie bajka, Haniu.

środa, 22 kwietnia 2015

Nihil novi




Nie mogę się jakoś zebrać do opisywania Orzeszkowej codzienności. Mam wrażenie, że moim zmaganiom z wygadanym przychówkiem brakuje świeżości. Nic nowego pod słońcem, jak mawiał mądry król Salomon. 
Człowiek się przyzwyczaja... do dyskusji na temat zdrowej żywności (...nie cę jabułka, cę koladę) i pory odrabiania lekcji (... ale przecież jak zacznę teraz, to nie zdążę się pobawić), do wojny podjazdowej (...ale jak pożyczę jej lalkę, to ona nie odda) i walki wręcz (...maaaamo, Gabisia mnie ubiła), do dyskusji o modzie (...to nie pasuje, cę tuńtę) i o urodzie (...tylko bez suszenia, suszarka niszczy włosy). 
Kiedy jutro rano zbudzę Orzeszki, Hanka popędzi do łazienki i krzyknie: "Uglałam", a Gabrysia wymruczy spod kołdry, że to nie wyścigi. Wsiadając do auta, bez wątpienia odpalę "Moka lelkiego" albo "Keka". Przy obiedzie Orzeszek I zapyta, czy może nie jeść mięsa, bo chyba jest na nie uczulony, a Orzeszek II dwuznacznie poprosi: "Pojedz mnie". Zaś gasząc światło w dziecięcym pokoju znów wyświetlę gwiazdki i włączę "Małą lenkę" czytaną przez Jerzego Stuhra. Klasyczny dzień świstaka.
Zżera mnie rutyna (którą niektórzy, choć to zupełnie inna historia, uważają za samicę Yeti), a ja wciąż nie wiem jak się wyrwać z jej paszczy. No ale wiosna przyszła, więc może jakaś myśl mi zakwitnie?

Legenda:
jabułko - jabłko
kolada - czekolada
ubiła - skoro ofiara jeszcze krzyczy, to nie zabiła, a jedynie nabiła
tuńta -sukienka
uglałam - wygrałam
mok lelki - smok wawelski
kek - "Live and let die" Beatlesów, zwana tak ze względu na wystąpienie w Shreku3
mała lenka - mała syrenka

   

piątek, 6 lutego 2015

Tekturowy świat




Choć niektórzy twierdzili inaczej, w styczniu zima nas nie rozpieszczała. Niezbitym dowodem niech będzie fakt, że na sankach byliśmy tylko raz. Nie żeby brakowało chęci, brakowało raczej śniegu. A jak nie ma śniegu, a jest deszcz i wichura – rozsądni ludzie siedzą w domu. Rację mają przy tym Starsi Panowie, że „w czasie deszczu dzieci się nudzą…” A kiedy się nudzą, nie pomogą dziesiątki zabawek, książek i filmów. Musi wkroczyć Rodzic.
- Nudzę się – zajęczał Orzeszek I po jakichś 3 minutach od wybebeszenia skrzyni z zabawkami.
- To pobaw się kucykami, które leżą na podłodze – zaproponowałam, sądząc, że taki był pierwotny plan.
- Nie mogę – odparło dziecko.
- Dlaczego? – zdziwiłam się.
- Nie mam pałacu dla Tłajlajt. Musisz mi go kupić, bo umrę z nudów! – Orzeszek zastosował klasyczny szantaż.
- Wiesz, tak naprawdę z nudów rzadko się umiera. - odrzekłam, licząc w myślach ileż to taki pałac może kosztować – Poza tym, może będziesz się nudzić mniej, jeśli zbudujesz ten pałac sama?
- Eee! – krytycznie ocenił Orzeszek – Taki z klocków się nie nadaje, za mały.
- A taki? – zapytałam, wyciągając z szafy pudełko po butach.
- Przecież to pudełko! – zdziwił się Orzeszek
- Owszem, - zgodziłam się – ale od czego masz wyobraźnię?
I tak rozpoczęła się nasza przygoda z tekturowymi budowlami i sprzętami. Zbudowaliśmy dwa pałace i wypasioną plazmę z pilotem, a potem wyszły nam pudełka i trzeba było poszaleć na wyprzedażach... Oczywiście tylko po to, by zdobyć budulec ;-)

piątek, 19 grudnia 2014

Niemoc twórcza



Nietrudno zauważyć, że dawno tu nie zaglądałam. Nie żeby brakowało mi inspiracji... tej nie zabraknie mi chyba nigdy. Orzeszek I jest nieodmiennie bezczelny, a i Orzeszek II rozwinął się ostatnio lingwistycznie tak, że przestaję nadążać. Są jednak chwile, gdy to, czego doświadczam jest nie do opisania. 
Niedostatki intelektualne, szantaż emocjonalny i czyste szaleństwo... taka sytuacja.
Pewnego dnia wolnego wchodzę, nic nie podejrzewając, do pokoju dziecięcego i zostaję uderzona różnorodnymi bodźcami w ilości wystarczającej na trzy sterane życiem matki. 
Orzeszek I zalicza piąty poziom "Znajdź różnice z Barbie", katując moje uszy popiskiwaniem urządzenia mobilnego i moje serce żałosnym jękiem: "Pomóż mi, jak mnie kochasz!". Jestem stara, ślepa na jedno oko i choć kocham nad życie, różnice przestaję dostrzegać już na poziomie trzecim. Zupełnie zasłużenie otrzymuję więc miano wyrodnej matki i jeszcze żałośniejszy jęk: "Bo ty mnie nie kochasz!". Mało?
W tym samym czasie z niejaką fascynacją zauważam Orzeszka II, który stoi na stoliku bez ubrania, ale za to w czepku kąpielowym i wyraźnie szykuje się do skoku pomiędzy leżące na podłodze poduszki. Wyjaśnianie skomplikowanych kwestii uczuciowych trzeba zostawić na później. Zabezpieczam teren i pytam młodsze dziecko, co robi. Ono zaś radośnie odpowiada: "Będę pywać!" i... skacze.
Może to i śmieszna historia, jednak za każdym razem gdy mnie spotyka, doświadczam zdumiewającej niemocy twórczej. Chyba przez narastający ból głowy.

wtorek, 4 listopada 2014

Babi król



Może będę niepoprawna politycznie, ale życie z kobietami nie jest łatwe. Rodziciel mój - Stanisław, mąż dwóch żon, ojciec dwóch córek i właściciel jednej samicy setera, ubiera tą głęboką myśl w celne, choć niezbyt dyplomatyczne zdanie: "Same baby w domu i pies też suka!". Natomiast mój teść - Konstanty, który poszczycić się może wyłącznie jedną żoną, mawia krótko: "Baba, babą!" 
Nie można przy tym panom odmówić racji, bo takiej baby to i słuchać trzeba ze zrozumieniem, i chwalić, i przepraszać, nawet jeśli prostemu mężczyźnie wydaje się, że nie ma ku temu najmniejszych nawet powodów. Innymi słowy, facet, w tym również Tatuń, nie ma lekko. 
Tatuń ma na razie tylko jedną żonę, a do tego nie posiada żadnych zwierząt domowych, nie znaczy to jednak, że los go oszczędził. Co prawda żona, poza bezwzględnym posłuchem i tolerancją dla napadów ślepej furii nie wymaga zbyt wiele. Ba, jest nawet w stanie z godnością znieść komentarze w rodzaju: "Z tą fryzurą wygrałabyś casting do Krzyżaków." Za to córki...
Córki wymagają codziennej admiracji dla ich kreacji i koafiur, zrozumienia dla przydługich (to Orzeszek I) lub bełkotliwych (to Orzeszek II) wywodów, prezentów oraz uczestnictwa w opiece nad lalkami i misiami. Czasem jednak nawet córki okazują trochę współczucia.
Ostatnio Tatuń odwoził Orzeszka I do babci, ten zaś nawijał o tym co w szkole i o tym co na drodze i o milionie innych niezwykle istotnych kwestii. Tatuń stosował co prawda techniki aktywnego słuchania, powtarzał: "Mhm", "Aha" i "Naprawdę?", był jednak pochłonięty prowadzeniem auta w sposób niezagrażający innych uczestnikom ruchu. Chyba dlatego Orzeszek szybko zorientował się, że jego przemowa nie budzi należnego zainteresowania. 
- Dziewczyny za dużo gadają, co? - zapytał podchwytliwie.
- Ależ skąd! - dyplomatycznie zaprzeczył Tatuń.
Orzeszek już się nie odezwał, a na miejscu pożegnał się wylewnie i pobiegł do babci, bo przecież ona też jest kobietą... i rozumie.

wtorek, 28 października 2014

Tradycja


Pisałam już chyba, że Orzeszek jest dzieckiem filozofującym, rozkładającym zastaną rzeczywistość na czynniki pierwsze i składającym ją według własnych zasad. Zdarzają się nam więc egzystencjalne dyskusje na spacerze, przy odrabianiu lekcji, czy, jak tym razem, przy kuchennym stole.
- Gabrysiu - proszę Orzeszka w sobotni poranek - nakryj do stołu.
Orzeszek posłusznie rozkłada talerze, ale przy sztućcach zaczyna się zastanawiać.
- Mamo - pyta niby niewinnie - a sztućce jak?
- Jak zwykle - odpowiadam - nóż po prawej, widelec po lewej.
- A dlaczego tak się kładzie? - pyta Orzeszek, choć pewnie zna odpowiedź.
- No wiesz, takie są zasady nakrywania do stołu.
- To znaczy, taka tradycja? - zastanawia się, podśpiewując temat z niedawno obejrzanego "Skrzypka na dachu", a potem dodaje - Ale wiesz, że nie każda tradycja jest dobra?
Nie jestem z tych, którzy kurczowo trzymają się zwyczajów przodków, więc, choć akurat w zwyczaju układania noża po prawej nie widzę nic złego, odpowiadam, że wiem.
Wyraźnie zachęcony Orzeszek uśmiecha się i postanawia nieco zmodyfikować stołową tradycję.
- Bo wiesz, - uzasadnia jeszcze - Hanka jest leworęczna, to powinna mieć odwrotnie.
Jak widać rewolucja zaczyna  się w kuchni. 

czwartek, 2 października 2014

Prace domowe





Znajoma mama znajomej pierwszoklasistki wyraziła opinię, że wszystko byłoby dobrze, gdyby nie te (tu pada słowo niecenzuralne) prace domowe. Chyba miała rację, bo mnie te prace też przywodzą do szaleństwa.
Po pierwsze, nie przewidziałam na nie miejsca w swoim napiętym grafiku, który być może pomieściłby 15 minut szlaczkowania, ale godziny rozwiązywania rebusów po prostu nie mieści.
Po drugie, codzienna dyskusja na temat niezmienności zasad rządzących alfabetem kończy się poczuciem bezradności i frustracji. Kiedy bowiem Orzeszek w połowie linijki z pięknie powykręcanymi „L” pisze „K” i twierdzi, że mu się L znudziło, albo po kilku spiczastych „M” rozpoczyna rysowanie fal Dunaju, bo „tak też może być” – rodzic ma dylemat. Czy zdzielić dziecko zeszytem po głowie jak drzewiej bywało, czy autorytarnie polecić: ‘ „rób tak i koniec”, czy może szybko przypomnieć sobie historię powstania pisma, by uzasadnić kształt liter wielowiekową spuścizną kulturową. Orzeszek nieuzasadnionych poleceń nie wykonuje, więc czacha dymi, a pokusa zdzielenia zeszytem rośnie z każdym dniem.
Po trzecie, o ile sprawność ręki oraz umiejętności analizy i syntezy wzrokowej rosną jak na drożdżach, o tyle mamy problem z analiza i syntezą słuchową. Orzeszek nie słyszy głosek w wyrazie ani wyrazu w głoskach. Poza szkolną pracą domową wykonujemy więc prace ręczne. Wymyślamy jakiś wyraz i  lepimy tą wymyśloną rzecz z plasteliny. Potem lepimy również litery tworzące jej nazwę, a jeszcze później składamy je i rozkładamy powtarzając głośno. 3-literowe słowa już nam wychodzą, czas na więcej.

środa, 20 sierpnia 2014

Bananowy song

 

Wiem, że banany są passè. Wiem, że należy wspomagać rodzimych wytwórców i spożywać wyłącznie jabłka. Ba, chociaż czytałam, że uderzonym embargiem sadownikom pomoże tylko wzmożony popyt na kartoflane idaredy, robię szarlotki oraz dżemy z papierówek, gryzę kształtne cortlandy i coraz chętniej popijam cydr. 


Gdy jednak zatrzymujemy się przy stoisku owocowy-warzywnym, Orzeszki zawsze proszą o banany. O co proszą, to dostają, bo przecież banan, jako owoc z rodziny zapychaczy, pomaga szybko i pewnie zdrowiej niż ciastko, pokonać spacerowy głód. Tyle tylko, że potem nikt go na spacery nie zabiera, więc banan leży. Leży, nudzi się i nieuchronnie zbliża do stanu, w którym wyjdzie sam. No i pojawia się problem, co z takim znudzonym bananem robić.
Orzeszki twierdzą, że jeść go nie zamierzają. Widocznie, podobnie jak Jagoda Karwowska, nie chcą być bananówami. Skoro jednak mają matkę na stanowisku, muszą dać się wciągnąć. Matka zatem (aktualne stanowisko: prywatny przetwórca bananów) wciąga babeczkami bananowymi wg Nigelli, które uważa za ósmy cud świata oraz hitem upalnych dni – sorbetem malinowo-bananowym bez konserwantów, sztucznych barwników i jakichkolwiek innych dodatków poza znudzonymi bananami i odnalezioną na dnie zamrażarki paczką malin. Po takim deserze, bananówy zwykle śpiewają: „Bananowy jest po prostu żywot mój…” 

piątek, 8 sierpnia 2014

Kino domowe




Po wakacyjnych eskapadach Orzeszki zaczęły traktować godzinę zasypiania i wstawania w sposób bardzo elastyczny.  Zdarza się, że buszują do 22, a potem śpią do 10. Zdarza się też, że padają tuż po 19 i urządzają nam wczesna pobudkę.
Późne kładzenie się spać często związane jest z okupowaniem telewizora i samowolnym oglądaniem różnych szołów, w których występują mniej lub bardziej obcy mi celebryci. Ostatnio do takiego szołu zasiadł również Tatuń. Oglądał, mało kogo rozpoznając, do czasu, gdy zaanonsowano Panią Katarzynę, z powodu której zdarzyło mu się w dawnych czasach nabyć czasopismo ogólnoświatowej renomy.
-O ludzie! – usłyszałam nagle jego zdumiony głos – Co się z nią stało!? Że też człowiek może się aż tak zmienić!
Orzeszek I prawdopodobnie sekundował Tatuniowi w oglądaniu, ale chyba niezbyt dokładnie usłyszał nazwisko Pani Katarzyny, bo zaraz skonstatował:
- Wiesz, jak ktoś się nazywa Szyneczka, to musi tak wyglądać.     
A teraz zagadka… Kogo oglądali Tatuń z Orzeszkiem?

poniedziałek, 21 lipca 2014

Wypowiedzenie



Zaliczyliśmy ostatnio niewielkie perturbacje związane z opieką nad Orzeszkiem II, będącym dzieckiem wymagającym, głośnym i eksperymentującym. W kwietniu okazało się bowiem, że ogarnięcie naszego domowego potwora zaczyna być ponad siły 72-letniej babci i babcia złożyła wypowiedzenie. Na horyzoncie pojawiło się widmo żłobka rozwiane po krótkim czasie ospą wietrzną i jej długotrwałymi następstwami. Babcia szybko, choć bez entuzjazmu, powróciła do niańczenia i zaczęła regularnie narzekać na swój zaawansowany wiek oraz niezaawansowane wychowanie Orzeszka. Powinna była jednak pamiętać, że dzieci słuchają uważnie, zwłaszcza wtedy, gdy niekoniecznie muszą.
Nasłuchawszy się więc o niewspółmiernym do wieku ciężarze opieki nad wnuczętami, Orzeszek I nakazał babci spakować swoją szczoteczkę do zębów i piżamkę.
- A po co? – zdziwiła się babcia – Nie będziesz już u mnie nocować?
- Nie będę – zdecydowanie odparł Orzeszek.
- Dlaczego? – chciała wiedzieć babcia.
Zupełnie niepotrzebnie, bo Orzeszek z wrodzoną  dyplomacją wyjaśnił:
- Bo już jesteś za stara, żeby się nami opiekować.

niedziela, 1 czerwca 2014

Zalety epidemii


Tegoroczny maj zdawał się nie mieć końca. Epidemia ospy wietrznej przetoczyła się najpierw przez przedszkole Orzeszka I, a potem przez naszą rodzinę. Orzeszki chorowały jeden po drugim, z przerwą na zapalenie gardła i nieżyt nosa. 
W opiekę i pielęgnację zaangażowana był cała rodzina. Nawet dziadkowie obudzeni w środku nocy mogliby wyrecytować listę koniecznych zbiegów z dokładnymi godzinami wykonania. 
Ponieważ każde dziecko jest inne, również każda ospa okazała się inna. To co działało na Orzeszka Pierwszego, nie działało na Drugiego. Do tego Drugi zaczął koszmarnie kaszleć. W końcu leki przestały się mieścić w domowej apteczce.
Wczoraj, korzystając ze zniknięcia ostatnich oznak epidemii, w końcu wybraliśmy się na rodzinny spacer. Było miło... No właśnie, było ale się skończyło. Dziś Orzeszek I leży w łóżku z gorączką, a Orzeszek II go dręczy. Play it once again, Sam...
Jednak nawet taki maraton może mieć zalety. U nas taką zaletą jest pożegnanie z pieluchą. Orzeszek II długo nie chciał jej zdjąć, ale ospowa wysypka w najdziwniejszych miejscach okazała się skutecznym argumentem. Przy okazji odkryliśmy, że hodujemy nocnikowego geniusza. Pamiętane sprzed czterech lat nieprzemakalne prześcieradła były zbędne. Orzeszek II panuje nad sobą jak dorosły. Warto było chorować dla takiego finału.

środa, 30 kwietnia 2014

Zagryziakowie


Zasadniczo staram się nie stwarzać sobie problemów, muszę jednak szczerze wyznać, że dwa stworzyłam zupełnie osobiście (z niewielką pomocą Tatunia). I teraz te problemy gryzą, a dokładniej...
Problem nr 1 gryzie się. Gryzie się nieustannie i wszechstronnie... a to, że nie ma zabawek, a to że ma ich za dużo, że zakłada sukienkę, że zakłada spodnie, że Ola nie chce się z nią bawić i że zmusza ją do zabawy, że nie umie czytać i że musi się nauczyć, że będzie miała ospę i że może jej jednak nie mieć (a wszystkie dzieci z przedszkola już miały), że pan premier każe jej iść do szkoły (bo powinien podejmować tylko mądre decyzje) i że sam siebie nazywa "ryżym kundlem" (bo to uwłacza władzy), że Mamunia jest zajęta (i nie może z nią porozmawiać), albo że chce rozmawiać o czymś, co dziecko wolałoby przemyśleć.
Problem nr 2 natomiast, gryzie mnie. Gryzie mnie literalnie i bez metafor. Nie w chwilach rozpaczy, histerii i sprzeciwu. Ot tak, dla rozrywki . Podchodzi, przytula się i wgryza w skórę, w miejscach, które świadczą o apetycie na tłuste mięso. Gryzie do krwi, a potem, zamiast zaprzeczać i przepraszać, chwali się krewnym i znajomym rozbrajającym: "Hania mamie kukę".
I co? Głowa puchnie od wymyślania kolejnych pocieszeń, a boki pokrywają się nowymi śladami zębów... a jednak, kocham swoje problemy.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Post lajfstajlowy

Buszując po sieci, zauważyłam, że coraz większą popularnością cieszą się dziecięce blogi lifestyle'owe, w których dumni rodzice chwalą się swoimi modnie wystylizowanymi pociechami, kreując trendy pokazując publice co jest up to date.
Nie wiem jak inni, ale ja, oglądając te wszystkie urocze stworzenia w równie uroczych wdziankach, myślę: "Dlaczego???" Dlaczego moje dzieci nigdy nie są takie czyste? Dlaczego ich białe sukienki nigdy nie pozostają białe na tyle długo, bym zdążyła zrobić zdjęcie? Dlaczego nie dają się uczesać w tak skomplikowane sploty (albo dlaczego nie mają odpowiedniej ilości włosów)? Dlaczego wreszcie nie chcą się dać wystylizować? Dlaczego??? 
Naprawdę jest to dla mnie zagadka. A gdybym jednak miała pokazać najlepsze stylizacje Orzeszków, to wyglądałyby one mniej więcej tak...
 HANNA: Spodnie z Ameryki, koszulka z pewexu, korale ze szkatułki cioci Ani
 GABRIELA: Rajstopy i koszulka - RSRVD, skrzydła, korona i różdżka z chińskiego sklepu, MP3 Tatunia
 HANNA: Kombinezon z pewexu
 GABRIELA: Kombinezon z pewexu, banan z warzywniaka
 HANNA: Koszula z pewexu, smoczek Canpol, szal i kapelusz z matczynej szafy
  GABRIELA: Koszulka z prezentu, rękawiczki, szalik, beret, kapelusz i torebka z matczynej szafy

niedziela, 9 lutego 2014

Gra w klasy


Nie, nie, Orzeszek nie zaczął czytać Cortazara. Nie zaczął nawet czytać Elementarza Falskiego, ale to temat na odrębną historię... 
Nadal jest chory, a diagnozy zmieniają się jak w kalejdoskopie. Aktualnie leczymy się na zapalenie płuc, ale czy naprawdę je mamy??? Orzeszkowy humor i werwa raczej na to nie wskazują, jednak kaszel i stany podgorączkowe trzymają nas w domu. 
Na zabawy stacjonarne jesteśmy już zbyt zdrowi, więc, żeby nuda nas nie zżarła, gramy... w 1,2,3, baba jaga patrzy... i w starego niedźwiedzia.... i w kółko graniaste... i w klasy.
Orzeszek I wytrwale ćwiczy i radzi sobie coraz lepiej, co sprawia mu dużą satysfakcję. Orzeszek II wyznaczone linie traktuje na razie raczej umownie, ale podskoki wykonuje z dużą wprawą. Wygląda na to, że trochę taśmy izolacyjnej wystarczy, by wywołać uśmiech na małej buzi.

czwartek, 9 stycznia 2014

Przetrwać przełom



Nie, nie chodzi o jakiś szczególny przełom w zachowaniu Orzeszka. Owo zachowanie jest bowiem niezmiennie nieodpowiednie.
Chodzi o przetrwanie przełomu roku 2013 i 2014. Od 24. grudnia rozpoczęliśmy bowiem chorobowy maraton. Od gorączki w wieczór wigilijny, przez ból ucha w wieczór sylwestrowy, po streptococcus pyogenes w wieczór trzech króli. Całe szczęście, nie obchodzimy żadnego z tych świąt, nie czuliśmy się więc jakość specjalnie pokrzywdzeni. Decydując się na posiadanie dzieci, w pakiecie dostaje się przecież chorobę w dni wolne od pracy przychodni lekarza rodzinnego.
Co więc robimy? Siedzimy w domu i w przerwach pomiędzy Ibumem, Mucosolvanem, Sinupretem i Zinnatem układamy puzzle, robimy śmieszne kanapki, pieczemy muffinki bananowe i oglądamy (po raz tysiąc pięćset sto dziewięćset któryś) londyńską inscenizację "Upiora w operze". Gabriela zapałała bowiem do dzieła Andrew Lloyd Webbera niezrozumiałą u pięciolatki miłością i zaprzestała oglądania historii o zdziecinniałych księżniczkach i kucykach na rzecz teatru muzycznego. Ba... z tej miłości musieliśmy podłączyć do telewizora zewnętrzne głośniki, żeby dziecko usłyszało całą głębię kompozycji. 
No i dziecko słucha, a nawet śpiewa partie Christine do spółki z Hanną, która dla odmiany, woli chyba partie upiora.
I tym sposobem "Music of the night" rozbrzmiewa w dzień... i w nocy. 

poniedziałek, 4 listopada 2013

Nie bo ...




Orzeszek oczekuje, że każdy rodzicielski nakaz i zakaz zostanie poparty nieznoszącymi sprzeciwu argumentami. Argumentami, logicznymi, wyczerpującymi i przystępnie podanymi. A ja, matka, wiedząc, że małemu człowiekowi należy się szacunek, naprawdę staram się te argumenty znaleźć.
Zdarzają się jednak chwile, kiedy mój stary mózg, przytłoczony nadmiarem bodźców w postaci kipiącej zupy, rozlanego soku, wrzeszczącej Hanny i tysiąc pięćset sto dziewięćset któregoś zapytania: "Mamo, a mogę...", nie znajduje riposty godnej interlokutora. Wtedy nieudolnie próbuję uciąć dyskusję pozbawionym finezji: "Nie!" albo znacznie bardziej żenującym: "Nie, bo nie!"
Świadomy swych praw Orzeszek rzadko daje jednak za wygraną. Nawet jeśli ulega, przerażony parą buchającą mi z uszu, udziela mi słownej reprymendy, mówiąc:
- Nie, bo nie, to nie jest żadne wytłumaczenie!
I pomyśleć, że były czasy, kiedy słowo rodziców było święte... Nawet jeśli niezbyt błyskotliwe.