Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże małe i duże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże małe i duże. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 listopada 2017

Powrót ta...(mamy)




Niech was tytuł nie zwiedzie. Dzisiejsza historia, to nie XIX-wieczny poemat z kresów, w którym: „Tato nie wraca; ranki i wieczory, we łzach go czekam i trwodze. Rozlały rzeki, pełne zwierza bory i pełno zbójców na drodze...”
Rzecz dzieje się współcześnie. Matka powraca z podróży służbowej o zaplanowanej porze, z przydatnymi wiadomościami i znajomościami, usatysfakcjonowana, ale zmęczona. Jest umiarkowanie stęskniona za potomstwem, nie na tyle jednak, by nie docenić kilku dni wolnego od obowiązków rodzicielskich. Cieszy się, że zobaczy rodzinę, jednak bardziej cieszy się na gorącą kąpiel.
Spotkanie z potomstwem również odbiega od Mickiewicza. Nie jest tak, że: „Skoczyły dzieci i krzyczą jak mogą: ‘Tato, ach, tato nasz jedzie!"’”.
Pierwszy okrzyk konsumpcyjnie nastawionej młodzieży brzmi zazwyczaj: „Kupiłaś nam coś?!” Świadoma takiego obrotu sprawy matka zazwyczaj coś kupuje, dzięki czemu zyskuje trochę czasu na rozpakowanie się. Póki potomstwo jest zajęte podziwianiem prezentów, matka rozpakowuje walizkę i pobieżnie ocenia sytuację domową. Zwykle okazuje się, że trzeba wyrzucić śmieci, wytrzeć podłogę w kuchni i pilnie włączyć pranie.
Potem wypada jeszcze wysłuchać kilku mrożących krew w żyłach historii o tym, że: „Założyłam klub dziewczyn, ale Ania powiedziała, że tylko ona będzie szefową i już jej nie lubię.” oraz że: „Nie cierpię pani od informatyki, bo ona nic nie tłumaczy.”
Wreszcie, gdzieś około 21:30, kiedy młodzież uda się na spoczynek, można wziąć tą wytęsknioną gorącą kąpiel i zacząć się zastanawiać, czy powitanie moich dzieci wzruszyłoby jakiegokolwiek XIX-wiecznego zbójcę.

wtorek, 2 sierpnia 2016

Wakacje slow



Znacie to uczucie, gdy zbliża się koniec roku szkolnego (miesiąc przerwy przedszkolu, żłobku lub innej instytucji oświatowo-przechowawczej), a Wy z rosnącym niepokojem kombinujecie, jak, gdzie i za ile zagospodarować wolny czas waszych pociech? Nazywam to stresem wakacyjnym, wynikającym ze skazanych na niepowodzenie prób pogodzenia sprzecznych żywiołów, jakimi są rodzice i dzieci.
Wyliczmy zatem do pięciu:
  1. Trzeba młodzież gdzieś wywieźć (Pół biedy, jak masz rodzinę na wsi – całe pokolenia pozbywały się w ten sposób dzieci. Niestety, ja jestem z miasta od czterech pokoleń).
  2. Trzeba młodzieży zapewnić rozwój i zabawę, a najlepiej rozwój przez zabawę.
  3. Trzeba zmieścić bagaże w kompaktowym aucie (Tu akurat znalazłam rozwiązanie – restrykcyjne limity dotyczące zabawek. Przecież w wakacje trzeba w końcu obudzić wyobraźnię.)
  4. Trzeba zmieścić się w zaplanowanym budżecie (No chyba, że stać Was na zapomnienie na budżecie – Ja zapominam ostatniego dnia.)
  5. Trzeba (i to powinno być Wasze absolutne must have) zagwarantować sobie 14 dni nieprzerwanego WYPOCZYNKU.
Nie wiem jak Wam, ale u mnie zawsze coś nie grało (zazwyczaj niestety nr 5) i wydawało mi się, że niedościgłym ideałem pozostanie zeszłoroczna przeprowadzka, kiedy nie wywieźliśmy, nie zapewniliśmy i nie zmieściliśmy, a budżet poszedł na remont.
Dlatego w tym roku postanowiłam odpowiedzieć sobie na dwa pytania: Czego chcę? – Świętego spokoju, obserwowania uśmiechniętych dzieci i nowej torebki za pieniądze oszczędzone na wakacjach. Czego nie chcę? – Hałasu, tłoku, marudzenia, przypadkowego jedzenia i przypadkowych pamiątek.
Na takich założeniach oparły się nasze wakacje.





Jazdę próbną miał stanowić majowy wypad do Białowieży, który z braku miejsc w puszczy okazał się wypadem na Suwalszczyznę. Kwaterowaliśmy w Gawrych Rudzie, gdzie spędzamy wakacje od lat, jednak tym razem było inaczej. Mimo niewątpliwie urokliwego położenia domku, o który co roku stara się moja teściowa, wakacje nad Wigrami kojarzyły mi się dotąd ze sławojką, noszeniem wody ze studni, wąskimi wersalkami i ciągłym drżeniem o Orzeszki zbiegające po skarpie do jeziora. Im człowiek starszy, tym mniej docenia takie atrakcje – jak mawia pewien niestary jeszcze znajomy: „Jestem za stary, żeby się nurzać w prymitywie…” Tym bardziej, że już wiem, jak bardzo inaczej może być: przestronny pokój z szerokim łożem, leniwe śniadanie na tarasie z widokiem na zielonego przestwór oceanu i (co nie bez znaczenia) kanalizacja oraz gorący prysznic. Pozostałe elementy pozostały mniej więcej bez zmian: były lody u Jawora, moczenie nóg w Wigrach i spacer nad leśne jeziorka… Był też (bo jakże mogłoby go nie być, skoro woda w jeziorze jeszcze za zimna na kąpiel) basen w Suwałkach, gdzie Orzeszek I nurkował i pływał jak oszalała syrena (vel. rekin ludojad) , zaś Orzeszek II wczepiał się wszystkimi kończynami w któreś z rodziców, udowadniając tym samym, że on, w przeciwieństwie do siostry uważa się za stworzenie lądowe, a woda to jest dobra w butelce. Szczęśliwie, dzięki założonemu wcześniej priorytetowi, iż to rodzice mają mieć WYPOCZYNEK, udało się podzielić obowiązki i uniknąć bardziej dotkliwych ataków histerii i piętrowego focha.

Pamiętając jednak, że wśród pozostałych priorytetów pojawił się rozwój przez zabawę, postanowiliśmy ruszyć także na Baśniowy Szlak. Początkowo mieliśmy mieszane uczucia, bo inicjatywa wiosek tematycznych wykończyła Ogród Bajek w Kaletniku, ale ile można się moczyć w wodzie? Póki co, odwiedziliśmy tylko Zaułek Krasnoludków w Suwałkach, Wioskę Darów Lasu w Kopcu i Dolinę Przygód nad Szeszupą w Rutce Tartak, ale dzieciakom pomysł szukania skarbów, liczenia jagód i chodzenia na żurawich nogach bardzo się spodobał. Może nie była to magiczna podróż w krainę baśni, ale alternatywa dla ogranego placu zabaw i basenu z kulkami – na pewno. Jedynym niemiłym zaskoczeniem była Rutka Tartak, gdzie w bajkowej wiosce brak gospodarza zachęcił autochtonów do szukania wygodnych legowisk w Dolinie Przygód nad Szeszupą. Orzeszki odebrały cenną życiową lekcję, że niektóre przygody kończą się utratą pionu, po czym wybrały lekcję polityki międzynarodowej na trójstyku granic w Wisztyńcu.
Poznawszy gdzie Polska, gdzie Litwa, a gdzie Rosja oraz gdzie nogę bez paszportu i wizy stawiać można, a gdzie nie należy, Orzeszek I skwitował tłumne pojawienie się wycieczki zakładowej następującym oświadczeniem: „Chodźmy, bo zaraz ktoś wlezie do Rosji, przyjadą żołnierze i nie będą pytać kto, tylko wszystkich zamkną na 25 lat do więzienia albo wywiozą!” Przekonani stanowczością i logiką tego przekazu, poszliśmy… a zaraz potem ktoś oczywiście wlazł.
W planie były jeszcze mosty w Stańczykach, które Orzeszki, zapoznane z historią linii kolejowej Gołdap – Żytkiejmy (rodzice wszak penetrowali niegdyś te okolice) uznały za mało autentyczne, bo przecież powinien po nich jeździć pociąg, a nie leżeć polbruk. Były jednak dumne, że się na nie wdrapały i szczęśliwe, że nie dosięgła nas krążąca wokół burzowa chmura.
Podsumowując, było miło, spokojnie i powoli. Nie licząc nowego kasku rowerowego dla Orzeszka I (bo ze starego głowa jej wyrosła, a nowy był niebieski), kupiliśmy tylko 1 (słownie jeden) magnes na lodówkę (bo mamy taki zwyczaj podróżny), zjedliśmy tylko jednego przypadkowego kebaba i zadowoleni oraz odrobinę wypoczęci wróciliśmy do codzienności.











Prawdziwym sprawdzianem nowych założeń wakacyjnych miał się okazać lipiec. Długo się wahaliśmy, ale w końcu Tatuń przeciął spekulacje stanowczym: „Ale do Łeby na 2 tygodnie to ja już nie chcę!” Sama nie chciałam, pozostało więc wymyślić coś innego. Z pomocą przyszła mi nieświadomie moja siostra, która w połowie czerwca miała wydać na świat swojego pierworodnego. Dziadkowie, z racji zaawansowanego wieku, nie wybierali się zobaczyć wnuka, obwołałam się więc samozwańczym reprezentantem rodziny, namówiłam Orzeszka I na wizytę w Holandii i zarezerwowałam 2 bilety lotnicze na 1 lipca. Odetchnęłam, że pierwszy tydzień urlopu mam z głowy, pobawimy się dwutygodniową laleczką, zwiedzimy Amsterdam, a Tatuń w tym czasie zadzierzgnie silniejszą więź z Orzeszkiem II. Tatuń i owszem, zadzierzgnął, my jednak trafiłyśmy na jednodniowego noworodka i jego matkę w połogu. Czy było źle? Wręcz przeciwnie! Mogłyśmy pomóc, robiąc zakupy i wyprowadzając psa lepiej poznałyśmy życie w innym kraju, a i na Amsterdam czasu starczyło. Zasmakowanie cudzej codzienności też jest formą odpoczynku, chodzi przecież o to, żeby zmienić okoliczności.
Jako że jesteśmy rodziną pełną, po szczęśliwym lądowaniu wypadało spędzić resztę urlopu z mężem i obiema córkami. Wybraliśmy destynację (tfu!) tyleż niemodną, co zaskakującą. Otóż, kochani czytelnicy, pojechaliśmy do Krasnobrodu. Jeśli gorączkowo próbujecie umiejscowić Krasnobród na mapie, nie łudźcie się. Nie wiecie, gdzie to jest. Odkąd wróciłam z urlopu 2 tygodnie temu, żaden z moich rozmówców nie wiedział… Dlatego spieszę z wyjaśnieniem: Krasnobród to uzdrowisko na Roztoczu, vel Zamojszczyźnie, vel Lubelszczyźnie. Mają tam zalew z niebrzydkim deptakiem, molo, kompleks basenów, stary kamieniołom, park linowy i park dinozaurów (gwoli ścisłości mają też silnie zakorzeniony kult maryjny, ale tego akurat nie praktykujemy). Z zasadzie samego Krasnobrodu powinno przeciętnej rodzinie wystarczyć na 4-5 dni. Kto jednak powiedział, że my jesteśmy przeciętni? Starczyło nam na trzy, a potem był jeszcze Zamość z uroczym starym miastem i zaskakująco dużym zoo, Zwierzyniec z malowniczymi Stawami Echo i browarem pamiętającym Stanisław Kostkę Zamojskiego, Zagroda Guciów z pysznym regionalnym jedzeniem i porywającym do tańca akordeonistą oraz lubelska starówka z legendami o córce złotnika i Czarnej Inez, przepyszną chałką z Mandragory i luksusowymi burgerami.
Znów było miło, spokojnie i powoli. Młodzież została wywieziona, zabawiona oraz rozwinięta fizycznie i intelektualnie. Bagaże zmieściły się w samochodzie, a my w założonym budżecie (choć przyznaję, że na chwilę pozwoliliśmy sobie o nim zapomnieć). Powróciłam z urlopu wypoczęta, kupiłam nową torebkę i nie rusza mnie nawet sterta prania zamieniająca się powoli w stertę prasowania. Wakacje jeszcze trwają. I take it slow.

środa, 8 czerwca 2016

Qlturka


Kwiecień i maj upłynęły nam kulturalnie. Rozrywaliśmy się, a to na targach książki w Operze, a to na jej kiermaszu w Arsenale... Na koniec zaś nie poszliśmy spać, żeby przeżyć noc w muzeum.
Z matczyną satysfakcją dostrzegłam, że Orzeszek I bardzo rozwinął się czytelniczo. Nie pozwolił podpowiedzieć sobie ani jednej książki. Wybrał sam: przyrodniczo i artystycznie, a następnie artystycznie i przyrodniczo. Nie żebyśmy ustrzegli się dziewczyńskiego barachła. Co to, to nie - laleczka w babeczce też musiała być (na szczęście za ciężko zarobione kieszonkowe).
Orzeszek II wolał mniej literackie rozrywki, co zakończyło się nabyciem opartej na bardzo prostym koncepcie gry Speed Cups, która niemal natychmiast stała się hitem dziecięcych spotkań towarzyskich (podejrzewam, że to dźwięk dzwonka uzależnia).
Przy okazji Orzeszki na różnych warsztatach stworzyły książkę leśną i książkę miejską. Wszystkie przecudnej urody, w co musicie uwierzyć na słowo, bowiem Orzeszek I zabronił mi rozpowszechniać zdjęcia tych wiekopomnych dzieł.
Jak co roku, książkowa wiosna nas nie zawiodła i natchniona przypadkową rozmową pod gmachem opery, zaczęłam myśleć o jakimś większym książkoznawczym wojażu.



Noc muzeów zaplanowaliśmy natomiast w bardzo okrojonym zakresie. Trochę dlatego, że białostockie instytucje kultury nie oferowały nic nowego pod słońcem (tfu, księżycem), trochę z lenistwa i braku miejsc do parkowania. Standardowo odwiedziliśmy Muzeum Historyczne, które jak co roku nas nie zawiodło i poza stałą ekspozycją pokazało sfałszowane pieniądze z różnych epok oraz stare sprzęty agd - hitem była szafko-lodówka na suchy lód, zaś przy adapterze Bambino i pralce Frani niejednego chwyciła nostalgia. Orzeszki patrzyły zafascynowane, choć bez właściwego tylko starcom rozrzewnienia. 
Potem postanowiliśmy w końcu obejrzeć nowy kampus uniwersytecki i muzeum stworzone ze zbiorów Instytutu Biologii. Nie spodziewaliśmy się niczego, więc to co zobaczyliśmy przeszło nasze oczekiwania. Zbiory zaprezentowane zostały nowocześnie, w sposób usystematyzowany i budzący ciekawość. Orzeszka I nie można było odciągnąć od bursztynów, a Orzeszka II od łosia, bobrów i "stada leni". Bardzo późnym wieczorem zmęczenie wzięło jednak górę... Choć Dominika Hanna chętniej spędziłaby tę noc z wilkami niż we własnym łóżku.



piątek, 25 lipca 2014

Urlop z dziećmi...






… to nie urlop. Świadomi głębokiej mądrości tego zdania, tegoroczny urlop zwany przez bezdzietnych wypoczynkowym spędziliśmy nad Bałtykiem na wyjeździe hartującym zdrowie dzieci i nasze charaktery.
Warunki lokalowe mieliśmy rozmaite. Pierwszy tydzień spędziliśmy w luksusie dwóch oddzielnych sypialni, drugi zaś w jednym pokoju z dziatwą. Test wspólnego spania nie wypadł może tragicznie, ale nie zamierzamy go powtarzać. W przyszłości, albo Orzeszki śpią oddzielnie, alby nigdzie nie jedziemy.
Pogodę też mieliśmy rozmaitą. Zgodnie jednak ze skandynawską zasadą, że nie ma złej pogody, tylko złe ubranie, czas spędzaliśmy na zewnątrz, spacerując, tarzając się w piachu, kąpiąc się, goniąc Orzeszka II i podziwiając cuda natury i kultury. Dzieciom raz się podobało, a raz nie. Dorosłym podobało się bardziej niż w domu.
Zdrowie, a jakże, mieliśmy rozmaite. Zaliczyliśmy podróżne wymioty, gorączkę nieznanej etiologii, zapalenie krtani i lekki udar cieplny. Zaliczyliśmy też dwóch lekarzy rodzinnych, z których każdy, mimo naszych płochych nadziei, nakazywał nam nie skracać pobytu i jak najdłużej oddychać nadmorskim powietrzem. Jeden kazał nam nawet jeść lody każdego wieczoru, na co Tatuń i Orzeszki przystali z entuzjazmem, a że moja talia nigdy nie była talią osy, więc ja też się specjalnie nie broniłam.
Wydatki, oczywiście, mieliśmy rozmaite. Orzeszki nie są może specjalnie pazerne i nie rzucają się na każde cudo oferowane na nadmorskich deptakach, ale te codzienne lody i inne atrakcje kulinarne też mają swoją cenę. Poza tym absolutna koniecznością są prezenty dla babć. W tym roku podobnie niezbędne okazały się również kolorowe warkoczyki, pluszowe syrenki i designerskie opaski z pomponami – wszystko razy dwa.
Podsumowując, wróciliśmy opaleni, z odchudzonymi portfelami, ale nie brzuchami, z nowymi doświadczeniami wychowawczymi i postanowieniem, że następne wakacje… ech, nieważne.
Trzeba jednak przyznać, że poziom stresu spadł. Powieka przestała mi podskakiwać i mimo upływu 2 tygodni od powrotu, jeszcze nie skacze. Może dlatego, że prosto znad morza wyprawiłam Tatunia i Orzeszki nad jezioro i miałam 3 dni prawdziwego urlopu, ale nie przypisywałabym temu całej zasługi ;-)

P.S. W internecie znajdziecie masę porad, jak uczynić wakacje z dziećmi miłymi, sympatycznymi i relaksującymi. Dowiecie się kiedy jechać, co zabrać, gdzie kwaterować oraz jak się stołować i rozrywać. Prawdopodobnie, jeśli zastosujecie się do tych wszystkich rad: pojedziecie w nocy, zamieszkacie w 2-pokojowym apartamencie z kuchnia , łazienką i widokiem na pobliskie morze, zabierzecie wyposażenie rozrywkowe, ubranie na każdą pogodę i dobrze zaopatrzona apteczkę, sporządzicie listę okolicznych lekarzy, aptek, szpitali, lokali przyjaznych dzieciom i atrakcji dla nich przeznaczonych, nabędziecie łopatki i wiaderka w odpowiedniej liczbie i kolorze oraz zaplanujecie dokładnie pory i miejsca posiłków, drzemek i czynności sanitarnych, a wasze dziecko jest ciche i pokornego serca – wakacje okażą się sukcesem. Dzieć będzie zadowolony, a wy będziecie mogli opowiadać krewnym i znajomym o wspólnym quality time, ilustrując wypowiedź zdjęciami. No chyba, że…
  1. W czasie nocnej podróży padniecie ofiarą łosia, sarny albo dzika, które po prostu zmaterializują się na szosie. 
  2.  Apartament okaże się zimną sutereną.
  3. Ukochana bajeczka maleństwa, ta jedyna przy której się uspokaja, już na drugim zakręcie wpadnie wam pod fotel.
  4. Sądząc, że w Chorwacji nigdy nie pada, nie spakujecie płaszcza przeciwdeszczowego.
  5. Dziecko zapadnie na chorobę, o której istnieniu nie mieliście pojęcia.
  6. Wasza pociecha zgubi się w szeroko reklamowanym jako przyjazny rodzinom labiryncie 3D.
  7. Czyjś niewychowany bachor ukradnie wam łopatkę, ewentualnie wasz słodki maluszek zupełnie niechcący i przez pomyłkę przywłaszczy sobie obce wiaderko.
  8. Nadmiar świeżego powietrza sprawi, że pory posiłków i drzemek staną się zaskakujące.
  9. Mały podróżnik będzie cierpiał na eskapizm i niezgodę na świat.
W tych i wielu innych przypadkach, nastawcie się na ciężki uszczerbek na zdrowiu (również psychicznym).
Poza tym, jeśli dotąd z wakacjami kojarzyły się wam: długie spacery brzegiem morza, leżenie plackiem, czytanie, wielokilometrowe wycieczki rowerowe, eksploracja dzikiej przyrody lub imprezy do białego rana – znajdźcie sobie nowe hobby.
Wakacje z dziećmi, to sport dla twardzieli. Powodzenia.

wtorek, 25 marca 2014

Wolna Grupa Bukowina




I znów opuściłam się literacko, nie dając głosu przez całe półtora miesiąca, ale maraton chorobowy, oraz nabierający rozpędu bunt dwulatka skutecznie pozbawiły mnie sił i ochoty na opisywanie czegokolwiek... a już na pewno tych nieszczęsnych dni świstaka, kiedy gotowałam zupę, myłam podłogę, odmierzałam, inhalowałam, robiłam zastrzyki (nowa umiejętność do CV) i sadzałam Aegona Smoka na karnym krzesełku.
Jednak w międzyczasie udało nam się zmienić klimat i udać na zimowo-przedwiosenny urlop do Bukowiny Tatrzańskiej, gdzie trochę jeździliśmy na nartach, trochę pluskaliśmy się w wodzie termalnej, trochę spacerowaliśmy, a także zjeżdżaliśmy z górki na oponach, lepiliśmy bałwanka (bo na bałwana już śniegu nie starczyło), jadaliśmy "tam gdzie grają", nabywaliśmy souveniry dla babć i dziadków oraz oddychaliśmy górskim powietrzem w celu przegonienia choróbsk precz.
Choć wiązaliśmy z tym wyjazdem nadzieje na edukację narciarską młodzieży, Orzeszek I odmówił hojnej propozycji opłacenia instruktora, twierdząc, że ze sportów balet i basen jej wystarczy. Orzeszek II pewnie by nie odmówił, ale jemu nie proponowaliśmy. Jak się zapewne domyślacie, basenu termalnego nie odmówiła żadna.  
Z góralskiej kuchni, Orzeszkom najbardziej smakowała pomidorowa z makaronem i pierogi ze szpinakiem. Spróbowawszy kwaśnicy, starsza latorośl orzekła, że kapuśniaku nie lubi, a przy oscypkach podejrzliwie pytała, czy tu nie ma krowiego mleka... było.
Co do zakupów, nie obeszło się bez drewnianego konika na kółkach, baranka w różowym sweterku, kapci, skarpet, czerwonych korali, góralskiej chusty i - jak to nazwał Orzeszek - spódniczki "My, Słowianie."
Wbrew rozsądkowi było spokojniej niż w domu. Do rzeczywistości wróciliśmy w drodze powrotnej, gdy nasz smok zaczął ryczeć i zionąć ogniem. W końcu, zdesperowana rzekłam do Tatunia:
- Trzeba ja jakoś uciszyć!
Na co Orzeszek I ze stoickim spokojem skonstatował:
- Po co sobie brudzić ręce?

poniedziałek, 29 lipca 2013

Matka kwoka





Smętnie wygląda blog, którego autor (-ka) nie potrafi wykrzesać z siebie tyle siły, zapału i weny, by spłodzić choć dwa posty miesięcznie. Żenada po prostu. „Nie wyszło ci to najlepiej.”, skonstatowałby Orzeszek.
Oj nie wyszło, nie wyszło, więc tym bardziej przepraszam i nadrabiam.
Najpierw, jak tytuł wskazuje będzie o matkowaniu. Są bowiem na świecie różne matki: matki samotne i matki z ojcami, matki Polki i matki feministki (i chyba z jedna Matka Polka Feministka), nadopiekuńcze matki kwoki, waleczne matki pumy, wyrodne matki wyrodne.
Własne sumienie smagało mnie zawsze, że jestem z tego ostatniego sortu, bo nie poświęcam swym latoroślom wystarczająco dużo czasu (czyt. całego swojego czasu), a jak już poświęcam, to przyznam szczerze, że trochę mnie to nudzi. Okazuje się jednak, że Orzeszek ma na ten temat odmienne zdanie.
Przy okazji wakacyjnej wyprawy na południe (Polski niestety) zwiedzaliśmy Kopalnię Soli w Wieliczce. W trakcie podróży solnymi korytarzami, których ściany Orzeszek, niepomny przepisów bhp, zapamiętale lizał, przewodnik zapytał pewnego małego chłopca, czy chciałby zostać górnikiem. Moja, będąca kobietą nowoczesną, córka natychmiast zareagowała pełnym oburzenia pytaniem, czy ona też mogłaby być górniczką? (używając, jak widać poprawnej politycznie formy gramatycznej).
- Cóż, – odpowiedziałam, okazując się przez chwilę matką feministką – dziś dziewczynki mogą być kimkolwiek zechcą, kochanie.
- Eeee, - zaniepokoił się Orzeszek – ja chyba jestem za delikatna do takiej pracy.
- Chyba tak – odrzekłam z ulgą, bo mimo, że jestem gorącą zwolenniczką równouprawnienia, nie wyśniłam dla swojej księżniczki kariery sztygarki.
- Tak myślisz? – zagadnął Orzeszek z podejrzanym błyskiem w oku – Wiesz co, myślę, że jesteś dla mnie nadopiekuńcza!
No tak, tylko matka kwoka nie puściłaby swego dziecka pod ziemię, prawda?

środa, 12 czerwca 2013

Morze, nasze morze




No i jesteśmy po wakacjach. Nie żebyśmy nie planowali jakichś lipcowo-sierpniowych wycieczek i podrzucania dzieci babciom, ale prawdziwy 14-dniowy urlop mamy już za sobą. I chociaż doświadczeni ludzie mawiają, że wakacje z dziećmi, to nie wakacje - nie narzekamy. Była pogoda, piasek i woda, Orzeszki wyleczyły się z kataru, a dzięki 2-pokojowemu lokum rodzicom udało się poczuć lekki chilloucik. Mało? Było lepiej niż się spodziewaliśmy i tego będę się trzymać.
Orzeszek jak zwykle miewał intelektualne wzloty i odloty, ale jakoś nic nie pamiętam... Chociaż nie, pamiętam "panie wpuszczalne". Wiecie kto to taki? Otóż "panie wpuszczalne" pracują w różnych obiektach kultury materialnej (takich jak Dom Uphagena czy Latarnia Morska im. S. Żeromskiego) i pilnują wpuszczania zwiedzających oraz ich zachowania po wpuszczeniu. I są po prostu niezbędne w okresie wzmożonego ruchu szkolnych wycieczek.
Pamiętam też, że Orzeszek stał się tropicielem rzeczy dziwnych i ulotnych, a konkretnie dymu papierosowego. A że społeczeństwo mamy nikotynowo nieuświadomione, to mniej więcej co 3 minuty konfidencjonalnym szeptem informował mnie:
- Mamo, ten pan/ta pani pali papierosa!
- No niestety Gabrysiu, - odpowiadałam niezmiennie - niektórzy robią takie szkodliwe rzeczy.
- Ale... - ostrzegawczo dodawał Orzeszek - mam nadzieję, że nie oddychałaś tym dymem! Wstrzymaj oddech, to bardzo niezdrowo!
Zbudowana prozdrowotną postawą Orzeszka, natychmiast wstrzymywałam.

piątek, 15 marca 2013

Trudności


Orzeszek miał jechać z Tatuniem na spóźnione ferie do Zakopanego. Ba... nawet pojechał, zaskoczyła ich jednak kolejna zima tego przedwiośnia i zawrócili do domu. Tatuń nie mógł już cofnąć wniosku urlopowego, więc wypuściłam go na Suwalszczyznę, licząc oczywiście na późniejszy dowód wdzięczności.
Zostałyśmy zatem same i czasem jest nam całkiem fajnie, a czasem całkiem niefajnie. I w tych mniej fajnych momentach Orzeszek wzdycha:
- Ciężko nam bez taty...
- Trochę ciężej, - pocieszam go - ale mówi się trudno.
- Mówi się trudno - sentencjonalnie odpowiada Orzeszek - i kocha się dalej!
Taaak.... Nawet nieobecnego Tatunia.

środa, 20 lutego 2013

Zima, zima, zima...


I znowu nie było nas przez miesiąc. Cóż...Orzeszek pozostaje co prawda w doskonałej kondycji intelektualnej, ale z jego starą matką to już gorzej. Matka realizuje się bowiem zawodowo, a że lat ma 30+, to jej sił na literaturę nie starcza.
A gdy matka w pracy, Orzeszek włazi na głowę ojcu. A że aura pozostaje sankowo-bałwankowa, włazi głównie na podwórku. Ostatnio Tatuń, w trosce o wzmacnianie Orzeszkowej odporności, zabrał córeczkę i jej sanki do lasu. Orzeszek wrócił szczęśliwy, a Tatuń przede wszystkim spocony. 
Okazało się, że Orzeszek już na początku postawił sprawę jasno:
- W tym układzie, ja rządzę, a ty ciągniesz!- zakrzyknął sadowiąc się na sankach.
Co na to Tatuń? Cóż... Ciągnął.

środa, 22 sierpnia 2012

Wciąż wakacje


Przeprowadziliśmy eksperyment. Spakowaliśmy Orzeszki i ruszyliśmy nad Wigry. Doświadczenie powiodło się podwójnie. Po pierwsze - da się podróżować z dwójką dzieci. Po drugie - Orzeszek nr 1 poczynił kolejne postępy w socjalizowaniu się z dziećmi. 
Tym razem socjalizował się z Olą. Nie mówię, że nie zdarzały się drobne incydenty, jakieś sypanie piaskiem, czy ciąganie za włosy, ale poza tym była zgodna współpraca i wzajemne tłumaczenie się przed rodzicami.
Kiedy Ola uciekała za domek, tak by mama jej nie widziała, Orzeszek tłumaczył koleżankę:
-Ona jest ciekawa świata!
Zaś pouczony, że mają bawić się na widoku, krzyczał:
- Ola, Ola, tu jest widok!
Dziewczyny polubiły się i zaraz po powrocie znad jeziora rozpoczęły wspólne wypady na babciną działkę. A to po jabłuszka, a to po kwiatki dla mamy, a to żeby pochlapać się z metalowej balii, aż "zlobiło sie błoto".
Fajne te wakacje.

sobota, 11 sierpnia 2012

Wakacje


Plany wakacyjne mamy w tym roku mocno ograniczone. Jak dobrze pójdzie, to będzie morze we wrześniu... może. Dziecko nie powinno jednak cierpieć za prokreacyjne grzechy rodziców, więc jak już pisałam, pojechało na wakacje z babcią. 
Pojechało i przez tydzień było tak zaaferowane, że nie miało czasu z nami rozmawiać, więc większość newsów poznaliśmy dopiero po jego powrocie. A było ich sporo.
Był pociąg, którym jechało się "baaaldzo długo, caly dzień plawie". Była ciocia Ania, co ma "włosy kasztana", tzn. kasztanowe. Było mnóstwo nadmorskich straganiarzy oferujących cudowne chińskie "sylenki i koniki" i w ogóle piękne rzeczy, ale "niestety nie mieliśmy pieniędzy" (zuch babcia!!!) Było morze, do którego Orzeszek wchodził "aż do szyjki" i pływał "w kapocku". No i wreszcie były dzieci: Milenka, Oskar, Igor i Ida, z którymi Orzeszek się bawił. 
A cóż w tym dziwnego, zapytacie, przecież dzieci zawsze się ze sobą bawią, Może dzieci tak, ale  Orzeszek nie. Kiedy wychodzimy na spacer, zwykle krążymy po osiedlu w poszukiwaniu placu zabaw, który będzie pusty. A gdy pojawiają się dzieci, kończymy zabawę. Wieści o nadmorskich przyjaźniach Orzeszka są więc co najmniej przełomowe. Przełomowe i radosne, jest bowiem nadzieja, że dziecina nie wyrośnie na socjopatę.
Teraz czeka na odwiedziny Milenki. I kto powiedział, ze w wakacje nie można się czegoś nauczyć?

wtorek, 5 czerwca 2012

Po drodze


Orzeszek znów musiał rozpocząć odyseję medyczną, a że mama jest przyspawana do noworodka, odwiedza doktorów z tatuniem. A jak tak sobie jeżdżą, napotykają na drodze różne miejskie osobliwości. Wczoraj na przykład spotkali bezdomnego. Tatuń sądził, że Orzeszek się przestraszy. Już spieszył z jakimś nie obrażającym nikogo wyjaśnieniem sytuacji życiowej kloszarda, kiedy córeczka szepnęła konfidencjonalnie:
- Pacz, jaką ma długą blodę.
Tatuń chciał jakoś dziecku wytłumaczyć, że pewnie nie ma gdzie się ogolić, ale Orzeszek już ocenił sytuację:
- Wcale o siebie nie dba- orzekł, a potem podsumował z oburzeniem:
- Jak można tak o siebie nie dbać!?
Tatuń nie miał nic do dodania, więc poszli do lekarza... Zadbać o siebie.

piątek, 11 maja 2012

Rozpad więzi


Z bólem serca muszę przyznać, że jesteśmy z Orzeszkiem przykładem rozluźnienia więzów rodzinnych zagrażającego podstawowej komórce społeczeństwa. Nie żeby zaraz jakaś patologia, co to, to nie. Wystarczyło jednak, że Orzeszek wyjechał nad morze i wyszło szydło z worka. Kontakt telefoniczny ograniczał się do: "No cześć" i następującej po nim relacji z szumu morza i jedzenia słodkich bułek. Było jeszcze kurtuazyjne: "A ty co lobis?", a potem: "Doblanoc". Żadnego: "Tęsknię za tobą mamusiu", czasem tylko: "Pozdlawiamy."
Pocieszałam się, że po powrocie córunia nie zechce się ode mnie odkleić. Cóż, było trochę całusów i spanie z mamą w pierwszą noc po powrocie, ale na tym koniec. Po tym powitalnym pląsie Orzeszek ruszył wizytować babcie i wizytuje je do dziś, aktualnie z noclegiem. Powrót zapowiedział na jutro, a na razie: "Pozdlawiamy"

wtorek, 31 stycznia 2012

Cytaty


Orzeszek z upodobaniem cytuje klasyków literatury dziecięcej, a że jest mistrzem celnej riposty, zawsze wie co i kiedy powiedzieć....
Wczorajszego wieczoru musieliśmy odbyć nagłą wizytę u laryngologa. Szczęśliwie, rokowania były pomyślne, a pani doktor miła, więc Orzeszek wyszedł z gabinetu w świetnym nastroju. Najpierw wykręcał piruety w poczekalni, potem zaś prezentował nam umiejętność samodzielnego schodzenia po schodach, powtarzając co chwila:
- Tylko mi nie pomagajcie!
Zaraz po wyjściu z budynku zainicjował zabawę w gonienie Orzeszka, w którą udało mu się zaangażować jedynie tatunia,  bo mamusia w dwupaku nie biega po lodzie. Trochę się w tej zabawie zapomniał, bo pomylił chodnik z ulicą i już miał wybiec pod nadjeżdżający samochód, kiedy... Usłyszał krzyk tatunia, potem mamuni i zaczął się cofać. Poślizgnął się jednak, runął jak długi i zaczął się czołgać z powrotem na chodnik. Gdy już podniósł się z ziemi przy niemałej pomocy tatunia, odetchnął z ulgą:
- Uff, na szczęście nie zrobił ze mnie jajecznicy!
A nam się zaraz przypomniało:
"Kura powiada: - Nie chodź na ulicę, bo zrobią z ciebie jajecznicę.
A jajko na to najbezczelniej: - Na ulicy nie ma patelni." - Jan Brzechwa "Jajko"

środa, 2 listopada 2011

Zakopane, Zakopane...


"Zakopane, Zakopane, słońce, góry i górale..." śpiewał kiedyś Sztywny Pal Azji.
Właśnie do Zakopanego postanowiliśmy zabrać Orzeszka w ramach rekonwalescencji po kolejnej infekcji. Niewdzięczne dziecko oczywiście nie chciało jechać, bo kto przy zdrowych zmysłach jechałby 10 godzin z cieknącym nosem i mokrym kaszlem? Tylko tacy nienormalni ludzie jak my - rodzice.
Ok... może to był szaleńczy plan, ale magia gór podziałała. Już pierwszego dnia zniknął katar, a zaraz po nim kaszel i zaczęła się górska przygoda.
Były elementy stale: łowiecka, łoscypek i góralsko łorkiestro. Było wybieranie prezentu dla babci i dla Kuby.
- Kup mu ciupagę! - namawiał tatuń, ale Orzeszek zachował zdrowy rozsądek.
- Nie, - odrzekł stanowczo - bo jeszcze kogoś walnie w głowę! - i wybrał drewniany traktor z przyczepą.
Była też kolejka na Kasprowy... Spięty Orzeszek najpierw nie mówił nic, a po osiągnięciu górnej stacji, rzekł tylko:
- Wlacamy do domu!
Argument o rozkładzie jazdy trafił mu jednak do przekonania, bo szybko się rozkręcił. Wygrał z tatuniem bitwę na śnieżki i mimo śliskich bucików ruszył na słowacką stronę, powtarzając co chwila:
- Jakoś sobie ladzę!
Jak łatwo się domyślić, zjeżdżać na dół nie chciał. Szczęśliwie, znów podziałał argument o rozkładzie jazdy i perspektywa nocowania na szczycie.
Orzeszek stał się absolutnym fanem góralszczyzny. Jadał tylko przy góralskiej kapeli (pozostawiliśmy trochę grosza w zakładach regionalnej gastronomii oferujących podkład muzyczny, ale czego się nie robi dla pierworodnej) i nawet wizytę w Muzeum Tatrzańskim zniósł dzielnie (ba, z sali z pracami Zakopiańskiej Szkoły Koronczarskiej nie chciał wychodzić).
Podsumowując, fajny wyjazd w fajnym (czasem) dzieckiem.

środa, 12 października 2011

Wytrzymam


Ostatnio Orzeszek z tatuniem zabierali mnie z pracy. Jak to zwykle bywa, z ust koleżanek padały stare jak świat pytania: „Jak masz na imię?”, „Ile masz latek?”, „A lubisz chodzić do przedszkola?” Na to ostatnie pytanie, Orzeszek zgodnie z prawdą odpowiadał: „Nie, bo tęsknię za mamą.”
W końcu jedna z pań postanowiła mu wyjaśnić, że chodzi do przedszkola, bo mama musi pracować, żeby zarobić na nowe zabawki. Już miałam odpowiedzieć, że nie na zabawki, a na dach nad głową, buciki na zimę i fryzjera raz na 3 miesiące, kiedy moje dziecko rezolutnie odparło: „Ja mam dużo zabawek i jeszcze z nimi wytrzymam!”
Ech, podoba mi się to ekonomiczne myślenie w dobie kryzysu.

niedziela, 28 sierpnia 2011

Małpa w kąpieli

Orzeszek ma dość pojemną wyobraźnię, i czerpie z jej zasobów pełnymi garściami, dodając naszemu wspólnemu życiu nieco dramatyzmu.
Część tegorocznych wakacji spędzaliśmy nad Wigrami, gdzie Orzeszek nauczył się pływać. Początkowo samo przemieszczanie się w wodzie było tak wielką atrakcją, że nie wymagało żadnego komentarza słownego... może poza obowiązkowymi piskami radości. Kiedy jednak maleństwo opanowało pływackie podstawy, poczuło lekką nudę i postanowiło urozmaicić sobie kąpiel okrzykami w rodzaju: "Leeeeekin!!!" i "Tooopię się!!!"
Przyznaję, że powodowało to lekki stres, bo choć w rekiny na jeziorze nie wierzę, to w utonięcia jak najbardziej, jednak po jakimś czasie, krzyki Orzeszka stały się normalnym elementem krajobrazu. Wtedy znudzone dziecko wytoczyło najcięższą armatę i podpływając do pomostu zaczęło rozpaczliwie krzyczeć:
- Ja nie chcę tak zginąć! Ja nie chcę tak zginąć!
Najpierw się przeraziłam, myśląc, że moja mała córeczka rzeczywiście się czegoś przestraszyła i zaraz roztrzaska się o pomost, ale gdy zobaczyłam minę Orzeszka, wyraźnie zadowolonego z dowcipu, pomyślałam tylko: małpa w kąpieli.



piątek, 19 sierpnia 2011

Ostrzeżenie


Jakiś czas temu wybraliśmy się do Narwi, do Orzeszkowego dziadka-wujka Leona. Gdy dotarliśmy na miejsce, dziadka nie było, bo poprowadził kobyłkę na pastwisko. Postanowiliśmy więc udać się na nostalgiczny spacer narwiańskimi uliczkami. Za przewodnika mieliśmy babcię Lolę, która pokazywała, gdzie chodziła do przedszkola, gdzie mieszkała jej najlepsza koleżanka i  gdzie był posterunek milicji. Chodniki miały postać szczątkową, więc szliśmy ulicą. W pewnym momencie dołączył do nas niewielki kotek. Orzeszek próbował go ostrzegać przed konsekwencjami, mówiąc:
- Zmykaj kotku, zmykaj, to jest ulica!
Powtórzył to kilka razy, ale kotek nie reagował i szedł dalej. Orzeszek uznał chyba, że kotka należy spisać na straty, bo skonstatował smutno:
- Ech, samochód zlobi z nim porządek...
Na szczęście, zamiast samochodu pojawiła się właścicielka kotka i zabrała małego ryzykanta do domu. Ale niewiele brakowało...

czwartek, 30 czerwca 2011

Nauka z ran płynąca





W długi czerwcowy weekend odwiedziliśmy Kazimierz nad Wisłą. Orzeszek, jak zwykle na wyjeździe i jak rzadko w domu, był grzeczny, zgodny i wytrzymały. Renesansowe miasteczko okazało się rajem dla małej dziewczynki pragnącej być królewną, a wizyta na zamkowej baszcie rozpaliła wyobraźnię Orzeszka do tego stopnia, że zapomniał nawet o swym zwyczajowym: "Bolą mnie kolanka!"
To wszystko nie znaczy jednak, że Orzeszek zachowywał się nierozsądnie, odłączał się od "mamki i tatunia" albo ryzykował wspinaczkę na własną rękę. Skądże! Wręcz przeciwnie.
Kiedy "tatuń" znudzony tradycyjnym wejściem na Górę Trzech Krzyży postanowił ruszyć na przełaj, Bisia krzyknęła:
- Co ty lobis!? - a potem wskazując na swoją bliznę nad okiem dodała - Widzis to? Widzis? Chces mieć taką samą?
Cóż miał zrobić biedny "tatuń"? Zawrócił z obranej drogi i cicho westchnął...
- Jajko mądrzejsze od kury.

niedziela, 15 maja 2011

Zoo



W poprzednią sobotę byliśmy w warszawskim zoo. Orzeszek był zachwycony. W końcu zobaczył na żywo te wszystkie „łampy, zylafy, tyglysy, słonie i nosolozce”, a nie tylko „zubly i salenki”
Zadawał mnóstwo pytań: „A co to za ptaki? A ten tyglys nas nie zje? A łampy nie spadną jak tak skacą? A kto zjada antylopy? Dlacego? Dlacego? Dlaczego?...” Podstawowym pytaniem było jednak: „A co on spozywa?”, które padało przy każdym wybiegu.
Jak widać, musieliśmy być w stałym alercie intelektualnym, a gdy intelektu nie starczało nerwowo rozglądaliśmy się za tablicami informacyjnymi. Takie tam rodzinne popołudnie.
Szczęśliwie, na jedno pytanie Orzeszek umiał sobie sam odpowiedzieć:
- Kto tam?... Hipopotam ;-)