Translate

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krewni i znajomi królika. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krewni i znajomi królika. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 kwietnia 2016

Miłości przedszkolne

Pamiętacie historię Gabrieli i Jakuba? Gwoli przypomnienia polecam zajrzeć TU. Z biegiem lat, z biegiem dni młodociane uczucie przygasło, teraz zaś w wir przedszkolnych romansów wpadł Orzeszek II. W przeciwieństwie do stałej w uczuciach starszej siostry jest on niewątpliwie lwem (smokiem?) salonowym oraz łamaczem licznych serc. Ostatnio powrócił bowiem z przedszkola z następującym zwierzeniem: "Wies mama... Pemek się we mnie zakochał..., ale moze się lozcalować." Dlaczego Przemek miałby się rozczarować, okazało się już następnego dnia, gdy odbierający Orzeszka Tatuń zastał córkę w wianuszku wsłuchanych w jej narrację oraz wpatrzonych w jej dwukolorowe oczęta wielbicieli. Jak się później okazało byli to: Mikołaje i Miłos... jej "chłopaki". I co? Dziwicie się jeszcze Przemkowi?   

czwartek, 13 września 2012

Bohater dzieciństwa


Tatuń lubi czasem powspominać dzieciństwo i obejrzeć "Czterech pancernych" albo "Stawkę większą niż życie", a Orzeszek lubi podglądać, co robi Tatuń. Efekt jest taki, że wszystkie Kopciuszki, Śnieżki i Arielki odeszły w niepamięć. Ich miejsce w sercu Orzeszka zajął agent J23.
Teraz zamiast bajki na dobranoc domaga się odcinka przygód Hansa Klossa, wykrzykując: 
- Hans Kloss wodzi wszystkich za nos!
A że nie zgłębiła jeszcze wszystkich tajemnic wywiadu i  kontrwywiadu, co chwilę podpytuje:
- A ten to jest dobly czy zły?
Gdy jednak zobaczy Brunera, od razu wie, że to szwarccharakter i ostrzega go sprzed telewizora:
- Uważaj Blunel, ja cię oglądam!
Zaczęła nawet przemycać Klossa do swoich zabaw. Sama jest oczywiście samym Jankiem lub ewentualnie jego dziewczyną, nam zaś powierza pośledniejsze role. Poza Hanką, bo Hanka została... "Blunelem".

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Sobotnie wzruszenia


Żeby nie było, że moja relacja z Orzeszkiem ogranicza się do ofukiwania za wrzaski, rozrzucanie zabawek i ciągłe ataki na telewizor, postanowiłam spędzić z córeczką miłe popołudnie (some quality time - jak mówią Anglosasi). Teatr wciąż ma przerwę urlopową, najlepsze ciastka pieczemy w domu, pozostało więc kino. A że dziewczynki uwielbiają księżniczki, wybór padł na Meridę Waleczną - księżniczkę zupełnie niezwyczajną.
Orzeszkowi się podobało, zwłaszcza strzelanie z luku i jazda na oklep. Ja zaś się rozczuliłam.
Merida bowiem, poza tym, że jest bajką o bardzo niezależnej dziewczynce z wyraźną słabością do broni miotającej, jest także filmem o trudnej miłości między matką a córką. O tym, że własna matka może się czasem wydawać osobnikiem innego gatunku. 
Zaraz przypomniałam sobie własne starcia z nicnierozumiejącą rodzicielką i zaczęłam się zastanawiać, matką jakiego gatunku stanę się dla swoich Orzeszków: matką-niedźwiedzicą, matką-pumą, czy matką-kwoką? A że mam mózg zalany mlekiem, to się po prostu poryczałam. Orzeszek patrzył na mnie lekko zniesmaczony i pocieszał:
- To się dobrze skończy, mamo.
- Wiem, wiem - pochlipywałam w odpowiedzi, próbując przywołać się do porządku.
Ostatecznie moje wzruszenie przysłonił fakt, że jak zwykle stałam się matką naciąganą. Tym razem na zestaw popcornowy z figurką Meridy oraz naszyjnik z truskawką (szczęśliwie z przeceny). 
Gdy dokładnie obejrzałam Orzeszkowe zakupy, zalała mnie jednak nowa fala wzruszenia. Merida, w swojej długiej sukni i z przewieszonym przez ramię łukiem przywiodła mi bowiem na myśl osobę, z którą swego czasu (mniej więcej wtedy, gdy ścierałam się z mamusią) przeżyłam kilka przygód. Pozdrowienia, Truskawko!

czwartek, 28 czerwca 2012

Dziękujemy













Dziś będzie mniej o Orzeszku, a więcej o tzw. dzisiejszej młodzieży. Mówi się, że ta młodzież jest samolubna i skupiona jedynie na własnych potrzebach. Tymczasem wczoraj otrzymaliśmy na ręce Orzeszka dowód, że tak nie jest. I za ten dowód dziękujemy.
Orzeszek nie wyartykułował swej wdzięczności wystarczająco donośnie, ale uwierzcie, że wdzięczny był, tylko się zawstydził. Misia pokochał i nazwał Arielką. Próbował też zaanektować miśka Hani, bo "ona jest pzeciez za mała, a miś musi być zaopiekowany".
Innymi słowy wszyscy jesteśmy zachwyceni.

niedziela, 3 czerwca 2012

Po nowemu


No to jesteśmy we czwórkę. 1 czerwca wróciłyśmy z Hanką do domu.
Orzeszek jest bardzo przejęty rolą starszej siostry. Po początkowym onieśmieleniu uznał się za noworodkowego eksperta i potrafi zbesztać mnie słowami:
- Ty jej nie umiesz uspokajać, musisz lobić jak ja!
- To znaczy jak? - pytam zaciekawiona.
- No gzechotką machaj! - nawet nie dyskutuję z oczywistością tej rady.
Na szczęście Hania znosi to machanie (baaaardzo energiczne) dość dobrze. Niech więc każdy stosuje swoje metody. Orzeszek ma grzechotkę, ja mam mleczarnię. 
Kiedy karmię, Orzeszek znajduje czas, by zając się również moimi potrzebami. Czesze mnie i ozdabia swoją biżuterią. W końcu w dzisiejszych czasach trzeba być SEXIMAMĄ a nie tylko mamą w zalanej mlekiem koszulce.

wtorek, 20 września 2011

Chwileczka zapomnienia


Orzeszek jest chory i o dziwo trochę tęskni za przedszkolem. Uznałam więc, że przedszkolna rozpacz nie uczyniła go zupełnie niewrażliwym na uroki "życia w glomadzie". Zwłaszcza, że co jakiś czas docierały do mnie jakieś  strzępy informacji o "Gabisi z kucykiem" oraz tajemniczym "Patlyku", który raz był fajny, a raz nie.
Zaniepokojona babcia postanowiła w końcu ustalić, o co chodzi.
- Gabisiu - zapytała - a kto to jest Patryk?
- Aaa, Orzeszek machnął ręką - to taki mój chłopak z przeckola.
- To ty masz w przedszkolu chłopaka?! - babcia była trochę zaskoczona.
- No tak - odparł Orzeszek z niezmąconym spokojem.
- A co z Kubą?
- Oj, przestań - Orzeszek nie rozumiał oburzenia babci - Kuba to mój męż i nigdy go nie zostawię.
Cóż, mąż mężem, ale czasem dziewczyna "ma ochotę na chwileczkę zapomnienia."

wtorek, 17 maja 2011

Tygrys



Z okazji wycieczki do zoo Orzeszek otrzymał tygrysa z Ikei (nie żebym była specjalnie hojną matką, promocja była, ot co). Ogromna maskota od razu stała się najlepszym przyjacielem Bisi. Mimo że prawie nic zza niego nie widziała, sama zatargała tygrysa do samochodu, a potem sama umyła, uczesała i położyła spać.
- Bisiu – zapytałam ją wieczorem – a ty nie boisz się spać z tygrysem?
- Nie – odpowiedziała – on jest łagodny.
- A czy ja też mogę z nim spać?
- Nie, bo wies, on cię nie zna i musi się z tobą oswoić.
Potem zaczęła opowiadać:
- Bo wies, on jest z Palyza i jesce nie wie, ze będzie tu mieskać i musi popatzeć i się oswoić.
- Z Paryża? – zdziwiłam się – A na metce napisali, że z Indonezji…
- Nie – wyjaśniła Bisia – z Palyza, ja go tam spotkałam i zablałam do domu i telaz on jest moim dzieciakiem. Bo wies, wceśniej on był sam i smutny i ja go wzięłam.
- Aha – tylko tyle mogłam powiedzieć – masz bardzo dobre serduszko.
W ten sposób przygarnęliśmy indonezyjskiego tygrysa z Paryża. Dobrze, że łagodnego.

sobota, 12 marca 2011

Korneliusz



W pewnym wieku większość dzieci ma wyimaginowanego przyjaciela. Synek koleżanki miał np. stworka o imieniu Papi, a córeczka drugiej opiekowała się myszkami i szczurkami. Orzeszek też ma wyimaginowanego… synka. Synek ma na imię Korneliusz, jest elfem i ciągle ucieka. Orzeszek chodzi więc zły po mieszkaniu i mruczy: „Ten Kolnelius znowu mi uciekł. On jest taki niedobly.”
Ponieważ Korneliusz często zmienia miejsce pobytu, a przy tym jest malutki, trzeba bardzo uważać, żeby go nie przydeptać albo na nim nie usiąść. Bisia krzyczy wtedy: „Uwaaaazaj! Zgniecies go!”, oskarża: „Jesteś dla niego złą babcią/złym dziadkiem!”, a potem długo prostuje przygniecionemu synkowi skrzydełka. Musimy też pamiętać, żeby nie zamknąć Korneliuszowi drzwi przed nosem, bo Bisia nigdzie się bez „synecka” nie rusza. Poza tym, odkąd Orzeszek ma Korneliusza nie reaguje na swoje imię i każe się nazywać „mamą Kolneliusa”, więc często wołam: „Mamo Korneliusza, chodź na obiad/posprzątaj zabawki/chodź się myć!”
O wielu rzeczach trzeba pamiętać mając wyimaginowanego wnuka. Szczęśliwie młode babcie nie miewają sklerozy.

wtorek, 8 marca 2011

Kuba



Orzeszek chyba naprawdę kocha Kubę? Jak wczoraj usłyszała go przez domofon, kazała mi "sybko" otworzyć drzwi, stanęła w nich i nasłuchiwała. A kiedy Kuba był już na półpiętrze, zaczęła wołać: "Kuba, Kubecku, chodź do mnie!"
Kubeczek natomiast, jak na prawdziwego mężczyznę przystało, odrzekł z finezją: "Co?" i zaczął się bezceremonialnie przepychać do pokoju pełnego zabawek. Wkroczyła jednak Kubeczkowa mama i odwołała syna do domu. Odchodząc, kilka razy odwracał się z tęsknym uśmiechem. Nie wiem czy uśmiechał się do Orzeszka, czy do jej zabawek, ale Bisia bezbłędnie odczytała jego intencje: - Widzis - powiedziała - jak się uśmiecha? Kocha mnie. Zaraz potem zaczęła mi tłumaczyć, że "juz późno i Kuba musi iść, ale jutlo go zaplosimy i będziemy się bawić ciastoliną"
Ponieważ w ciągu dnia Orzeszkiem zajmuje się babcia, zaproponowałam, żeby przypomniała jej o tym rano. Ku memu zdziwieniu, bardzo to Bisię zmartwiło:
- Zapoponuje babci... - rzekła zamyślona - ale ona się nie zgodzi... -Dlaczego? - zapytałam zaskoczona - Bo mówi, ze jej się Kuba nie podoba. - A ty co jej odpowiadasz? - Ze mi się podoba i ze kocham go i ze się z nim ozenie. No cóż, przed mocą prawdziwego uczucia nawet babcia musi ustąpić.