Translate

wtorek, 19 lipca 2011

Free style



Orzeszek charakteryzuje się dobrym słuchem, pomysłowością i poczuciem humoru, nic więc dziwnego, że zaczął „fristajlować”. Zaczęło się od tego, że pewnego popołudnia stanął przed naszym autem i kiwając się na boki wygłosił melorecytację: „Panie, panie samochodzie, ja od lana żyć nie mogę…” Potem było coś jeszcze, ale zajęta ładowaniem torby do bagażnika nie zrozumiałam całości.
Myślałam, że to jednorazowa wena, ale potem melorecytacje, wzbogacone dodatkowo o oprawę taneczną poszły lawinowo. Orzeszek demaskuje ptasie plotkarstwo: „Dzisiaj od samego lana, kaczka sobie z kulą gada…” i monotonię codzienności: „I tak znowu tak od lana, znów tak samo, tak od lana…” albo opisuje swoje kąpielowe przygody: „Nie myjemy głowy tato jutlo umyjemy za to…”. Radosna twórczość trwa. Liczyłam, że moje dziecko zechce być lekarzem lub inżynierem, wybrało jednak drogę kariery… „kariery na estradzie, na pewno sobie poradzi”.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Komunikacja asertywna



W sobotę po śniadaniu Orzeszek może obejrzeć bajkę. Ze znanych sobie powodów zazwyczaj wybiera „Muszkieterki”, w trakcie których walczy wachlarzem. Ostatnio „tatuń” chciał odstąpić od przyjętego schematu i zaproponował Orzeszkowi starą bajkę o psie muszkieterze.
- Ja chcę muskietelki. – skrzywił się Orzeszek.
- Ale to też jest o muszkieterach – próbował zachęcać tatuń.
- Ja chcę muskietelki! – Orzeszek zastosował metodę „zdartej płyty”.
- Ale to jest o takim fajnym piesku – nie zrażał się ojciec.
- Cokolwiek to jest, ja chcę muskietelki! – poważnie odrzekł Orzeszek.
Nie było już żadnych wątpliwości. Tatuń parsknął śmiechem, a potem… cóż, posłusznie włączył „Muszkieterki”.

środa, 6 lipca 2011

Plac budowy



W Białymstoku sporo się buduje, więc wszyscy przyzwyczaili się, że co jakiś czas napotykają na swej drodze plac budowy. Wszyscy, ale nie Orzeszek. Dla Orzeszka taka ilość koparek i dźwigów jest niezrozumiała. A jeszcze dziwniejsze jest dla niego to, że popołudniu cała ta maszyneria stoi.
- Co tu budują? – pyta co chwila w trakcie spaceru przez miasto.

Zależnie od okoliczności odpowiadam, że drogę albo operę albo wiadukt, a Orzeszek dziwi się:

- Ale teraz nie budują?

- Jest po fajrancie, to nie budują – chcę odpowiedzieć, ale zamiast tego tłumaczę, że każdy ma ustalone godziny pracy i mama, i tata, i budowlaniec, a po pracy każdy chce jak najszybciej wrócić do swojej rodziny. Orzeszek zdaje się rozumieć, ale widać, że coś nie daje mu spokoju.
- A cemu oni nie końcą? – pyta wreszcie.
- Ale czego nie kończą kochanie, budowy? – chcę się upewnić.

- No tak – odpowiada Orzeszek – bo i tu budują i tam budują, a nic nie końcą.
- Wiesz Bisiu, - próbuję tłumaczyć, choć sama zżymam się na ilość rozkopanych ulic – budowa zabiera dużo czasu.

- Ale jest bałagan! – nie daje za wygraną Orzeszek.
- Masz rację kochanie – muszę się zgodzić, a dumna z siebie latorośl konstatuje:

- Bo to tzeba najpierw skońcyć jedną budowę i pospzątać, a potem zacynać nową!
Trudno odmówić racji. Że też włodarze naszego miasta na to nie wpadli!?

czwartek, 30 czerwca 2011

Nauka z ran płynąca





W długi czerwcowy weekend odwiedziliśmy Kazimierz nad Wisłą. Orzeszek, jak zwykle na wyjeździe i jak rzadko w domu, był grzeczny, zgodny i wytrzymały. Renesansowe miasteczko okazało się rajem dla małej dziewczynki pragnącej być królewną, a wizyta na zamkowej baszcie rozpaliła wyobraźnię Orzeszka do tego stopnia, że zapomniał nawet o swym zwyczajowym: "Bolą mnie kolanka!"
To wszystko nie znaczy jednak, że Orzeszek zachowywał się nierozsądnie, odłączał się od "mamki i tatunia" albo ryzykował wspinaczkę na własną rękę. Skądże! Wręcz przeciwnie.
Kiedy "tatuń" znudzony tradycyjnym wejściem na Górę Trzech Krzyży postanowił ruszyć na przełaj, Bisia krzyknęła:
- Co ty lobis!? - a potem wskazując na swoją bliznę nad okiem dodała - Widzis to? Widzis? Chces mieć taką samą?
Cóż miał zrobić biedny "tatuń"? Zawrócił z obranej drogi i cicho westchnął...
- Jajko mądrzejsze od kury.

sobota, 18 czerwca 2011

Wstydliwa profesja



Chcemy być wzorem dla swoich dzieci. Skrycie marzymy, by kiedyś powiedziały, że chcą być takie jak my i robić to co my. Może to nawet sensowne, jeśli jest się adwokatem, lekarzem, czy inżynierem od dróg i mostów, ale poza tym...
- Mamo, cy ty jesteś celnikiem? - zapytał mnie dziś Orzeszek.
- Tak. - odpowiedziałam i wywołałam fontannę łez.
- Nie mozes być! Nie mozes być! - spazmowała moja córka, a ja zastanawiałam się o co jej chodzi.

W końcu stoimy na straży granic Unii, chronimy ginące gatunki i własność intelektualną, informatyzujemy się na potęgę. Trzylatka może tego nie wiedzieć, ale żeby aż płakać???

- Bisiu - próbowałam ją uspokoić - to nie jest taki najgorszy zawód.
- Jest najgolsy, jest! - chlipał Orzeszek.
No fakt... to prawie "najstarszy zawód świata". Już w czasach biblijnych nie chciano nawet jadać z celnikami i poborcami podatków. Ale... zaraz, zaraz, w końcu jeden z nich, Mateusz, został ewangelistą. O co temu dziecku chodzi???
- Bisiu - zaczęłam się tłumaczyć - ja mam taką pracę.

- A w domu nie jesteś celnikiem? - Orzeszek wytarł oczy.
- Nie, w domu jestem twoją mamą. - odpowiedziałam trochę zaskoczona - A myślałaś, że jestem?
- Tak - odrzekł smutno Orzeszek - i dlatego płakałam.
Morał? Albo powinnam przystopować z opowiadaniem o pracy, albo moje dziecko ma coś do ukrycia, bo przecież "celnicy widzą więcej".

środa, 15 czerwca 2011

Od kuchni



Latem Orzeszek robi się niejadkiem obiadowym. Śniadania i kolacje pochłania jak zwykle, ale przekonanie jej do obiadu staje się nie lada wyczynem. Staram się wymyślać jakieś nowości, ale czasem nie skutkuje, a czasem mi się nie chce, więc pozostaje zamrożony na „czarną godzinę” sos boloński. Pełnoziarniste spaghetti działa bez pudła. Bisia już w czasie gotowania kręci się po kuchni i pyta:
- Będzie makalon?
A kiedy zasiada do stołu, udaje, że się dziwi:
- Ooo, makalon… jakiś taki lobaczywy…
Chwilę ogląda te swoje robaki i zaczyna szuflować…, a potem prosi o dokładkę.
Serce rośnie! Zwłaszcza że poprzedniego dnia ledwo udało się wcisnąć ćwierć gałki, a jeszcze wcześniej tylko surówkę. Tymczasem z robaczywym makaronem nawet „obzydliwa” sałata robi się „pycha” i nie trzeba ciasteczek na deser. Cóż, najlepsze są proste rozwiązania.

sobota, 11 czerwca 2011

Kobra

Wróciłam ze służbowych wojaży w sam środek kryminału. Orzeszek knuje bowiem jak nas otruć. Może nie jest to zbrodnia doskonała, bo po prostu podchodzi i mówi: "Tatuń, wypij zatlute wino!" albo: "Natlę cię zatlutym olejkiem", ale strach jest. Zwłaszcza, że uśmiecha się przy tym szatańsko, a jak już się tego wina napijemy, woła: "Ha, ha, otlułam was i telaz umalniecie!"
Próbujemy na nią wpływać, mówiąc, że jeśli "umarniemy", nikt jej nie da jeść, nie wykąpie i nie włączy bajki na dobranoc. Na razie działa.
Orzeszek przybiega z antidotum i stwierdza: "No to was odtluje.", ale jak zacznie sięgać do górne j półki w lodówce i obsługiwać komputer, odtruwanie przestanie się jej opłacać. I co wtedy? Arszenik i stare koronki?