Translate

czwartek, 2 października 2014

Prace domowe





Znajoma mama znajomej pierwszoklasistki wyraziła opinię, że wszystko byłoby dobrze, gdyby nie te (tu pada słowo niecenzuralne) prace domowe. Chyba miała rację, bo mnie te prace też przywodzą do szaleństwa.
Po pierwsze, nie przewidziałam na nie miejsca w swoim napiętym grafiku, który być może pomieściłby 15 minut szlaczkowania, ale godziny rozwiązywania rebusów po prostu nie mieści.
Po drugie, codzienna dyskusja na temat niezmienności zasad rządzących alfabetem kończy się poczuciem bezradności i frustracji. Kiedy bowiem Orzeszek w połowie linijki z pięknie powykręcanymi „L” pisze „K” i twierdzi, że mu się L znudziło, albo po kilku spiczastych „M” rozpoczyna rysowanie fal Dunaju, bo „tak też może być” – rodzic ma dylemat. Czy zdzielić dziecko zeszytem po głowie jak drzewiej bywało, czy autorytarnie polecić: ‘ „rób tak i koniec”, czy może szybko przypomnieć sobie historię powstania pisma, by uzasadnić kształt liter wielowiekową spuścizną kulturową. Orzeszek nieuzasadnionych poleceń nie wykonuje, więc czacha dymi, a pokusa zdzielenia zeszytem rośnie z każdym dniem.
Po trzecie, o ile sprawność ręki oraz umiejętności analizy i syntezy wzrokowej rosną jak na drożdżach, o tyle mamy problem z analiza i syntezą słuchową. Orzeszek nie słyszy głosek w wyrazie ani wyrazu w głoskach. Poza szkolną pracą domową wykonujemy więc prace ręczne. Wymyślamy jakiś wyraz i  lepimy tą wymyśloną rzecz z plasteliny. Potem lepimy również litery tworzące jej nazwę, a jeszcze później składamy je i rozkładamy powtarzając głośno. 3-literowe słowa już nam wychodzą, czas na więcej.

środa, 1 października 2014

Witaj szkoło!



Po miesiącu szkolnych zmagań mogę w końcu napisać jak jest… a jest nieźle. Co prawda zreformowany system edukacji zafundował nam dawkę stresu w postaci powtórnego dzielenia klas po dwóch tygodniach wspólnej nauki, ale wyszło lepiej niż się spodziewaliśmy.
1 września 2014 w naszej szkole rejonowej utworzono 9 klas po 25 dzieci (maksymalnie tyle przewiduje rozporządzenie MEN). Miasto nie wyraziło zgody na stworzenie dziesięciu mniej licznych klas, więc kiedy nadszedł wrzesień i rekrutacja uzupełniająca (czyt. rekrutacja dzieci podlegających obowiązkowi szkolnemu, których nikt nie zapisał do I klasy), czwórki dodatkowych dzieci zwyczajnie nie było gdzie upchnąć. 
Klasa Orzeszka była jedyną złożoną w połowie z 7-, a w połowie 6-latków, łatwo się więc domyślić na kogo padło. Oburzenie rodziców zrodziło oczywiście kilka absurdalnych pomysłów w rodzaju losowania dzieci itp., jednak kiedy emocje opadły, Orzeszek wylądował wraz z połową swojej dotychczasowej klasy w 16-osobowej I „j” prowadzonej przez nową, choć doświadczoną Panią Anię.
Spostrzegawcza pierwszoklasistka początkowo twierdziła, że pani jest „jakaś zakręcona” i „musi się ogarnąć” (wierzcie mi, cytuję z oryginału). Widać jednak, że się ogarnęła, bo po tygodniu zyskała pełną akceptację. I teraz już tylko świetlica jest siedliskiem wszelkiego zła.

czwartek, 11 września 2014

Negocjacje pierwsza klasa



Uzasadniając tytuł wyjaśniam, że będzie i o negocjacjach, i o pierwszej klasie, a zwłaszcza o negocjacjach w związku z pójściem do pierwszej klasy. Orzeszek I jest już bowiem uczennicą szkoły podstawowej. To wiekopomne wydarzenie poprzedziły jednak szeroko zakrojone pertraktacje.

 Zaczęło się od tornistra i mającej kolosalne znaczenie kwestii, czy będzie to tornister różowy. Orzeszek stał na stanowisku, że tylko taki wchodzi w grę, najlepiej z konikiem na przedzie. Rodzice natomiast sugerowali, że o ile w pierwszej klasie różowy tornister z konikiem jeszcze uchodzi, o tyle w drugiej to już zupełny obciach.

- Myślałam, że do drugiej klasy zamierzacie mi kupić nowy plecak. – twardo rozpoczął Orzeszek

- Myślałam, że zamierzasz nosić atestowany plecak za 300 zł dłużej niż rok. – nie ustąpiła wyrodna matka.

I kiedy w końcu osiągnięto kompromis w postaci filetowego plecaka w kropki, do akcji wkroczył Orzeszek II z własną strategią negocjacyjną streszczającą się w słowach: „To Ani! Ania do toły!” Szczęśliwie udało się go przekonać, że do tej szkoły na razie wystarczy mini-plecaczek z Roszpunką.
Następnym stadium były wszelkiej maści przybory szkolne. Uznałam, że nie ma o co kruszyć kopii. Orzeszek I wybrał więc zeszyty, bloki, teczki, ołówki, kredki i pozostałą drobnicę z kucykami, furbisiami oraz barbie. Rozochocony moją mało asertywną postawą postanowił ugrać coś jeszcze.
- Kup mi malowankę! - rzekł bez ogródek.
- Nie - odparłam w podobnym tonie - masz w domu z dziesięć malowanek.
- Ale zaczętych - kontynuowało pokrzywdzone plastycznie dziecko.
- Ale nie skończonych - nie dawałam się podejść.
- Dobrze - fałszywie obruszył się Orzeszek - mogę wcale nie rysować. A ty chyba chcesz, żebym rysowała, bo to ćwiczy rękę? 
- Chcę - byłam nieugięta - ale nie będę rozpaczać, jeśli zdecydujesz inaczej.
- Czyli nie chcesz, żebym się dobrze uczyła?
- Chcę, ale ... - tu odwołałam się do autorytetu babci - moja mama zawsze mówiła, że uczę się dla siebie, nie dla niej.
- Bez malowanki? - spytał jeszcze Orzeszek.
- Bez malowanki - odpowiedziałam.
Potem były jeszcze negocjacje z Dyrekcją, w celu umieszczenia Orzeszka w klasie ze znajomymi dziećmi. Po bataliach z własną latoroślą - bułka z masłem.
A jeszcze później przyszedł 10 września i ponowne dzielenie klas, ale to zupełnie inna historia.

środa, 20 sierpnia 2014

Bananowy song

 

Wiem, że banany są passè. Wiem, że należy wspomagać rodzimych wytwórców i spożywać wyłącznie jabłka. Ba, chociaż czytałam, że uderzonym embargiem sadownikom pomoże tylko wzmożony popyt na kartoflane idaredy, robię szarlotki oraz dżemy z papierówek, gryzę kształtne cortlandy i coraz chętniej popijam cydr. 


Gdy jednak zatrzymujemy się przy stoisku owocowy-warzywnym, Orzeszki zawsze proszą o banany. O co proszą, to dostają, bo przecież banan, jako owoc z rodziny zapychaczy, pomaga szybko i pewnie zdrowiej niż ciastko, pokonać spacerowy głód. Tyle tylko, że potem nikt go na spacery nie zabiera, więc banan leży. Leży, nudzi się i nieuchronnie zbliża do stanu, w którym wyjdzie sam. No i pojawia się problem, co z takim znudzonym bananem robić.
Orzeszki twierdzą, że jeść go nie zamierzają. Widocznie, podobnie jak Jagoda Karwowska, nie chcą być bananówami. Skoro jednak mają matkę na stanowisku, muszą dać się wciągnąć. Matka zatem (aktualne stanowisko: prywatny przetwórca bananów) wciąga babeczkami bananowymi wg Nigelli, które uważa za ósmy cud świata oraz hitem upalnych dni – sorbetem malinowo-bananowym bez konserwantów, sztucznych barwników i jakichkolwiek innych dodatków poza znudzonymi bananami i odnalezioną na dnie zamrażarki paczką malin. Po takim deserze, bananówy zwykle śpiewają: „Bananowy jest po prostu żywot mój…” 

piątek, 8 sierpnia 2014

Kino domowe




Po wakacyjnych eskapadach Orzeszki zaczęły traktować godzinę zasypiania i wstawania w sposób bardzo elastyczny.  Zdarza się, że buszują do 22, a potem śpią do 10. Zdarza się też, że padają tuż po 19 i urządzają nam wczesna pobudkę.
Późne kładzenie się spać często związane jest z okupowaniem telewizora i samowolnym oglądaniem różnych szołów, w których występują mniej lub bardziej obcy mi celebryci. Ostatnio do takiego szołu zasiadł również Tatuń. Oglądał, mało kogo rozpoznając, do czasu, gdy zaanonsowano Panią Katarzynę, z powodu której zdarzyło mu się w dawnych czasach nabyć czasopismo ogólnoświatowej renomy.
-O ludzie! – usłyszałam nagle jego zdumiony głos – Co się z nią stało!? Że też człowiek może się aż tak zmienić!
Orzeszek I prawdopodobnie sekundował Tatuniowi w oglądaniu, ale chyba niezbyt dokładnie usłyszał nazwisko Pani Katarzyny, bo zaraz skonstatował:
- Wiesz, jak ktoś się nazywa Szyneczka, to musi tak wyglądać.     
A teraz zagadka… Kogo oglądali Tatuń z Orzeszkiem?

piątek, 25 lipca 2014

Urlop z dziećmi...






… to nie urlop. Świadomi głębokiej mądrości tego zdania, tegoroczny urlop zwany przez bezdzietnych wypoczynkowym spędziliśmy nad Bałtykiem na wyjeździe hartującym zdrowie dzieci i nasze charaktery.
Warunki lokalowe mieliśmy rozmaite. Pierwszy tydzień spędziliśmy w luksusie dwóch oddzielnych sypialni, drugi zaś w jednym pokoju z dziatwą. Test wspólnego spania nie wypadł może tragicznie, ale nie zamierzamy go powtarzać. W przyszłości, albo Orzeszki śpią oddzielnie, alby nigdzie nie jedziemy.
Pogodę też mieliśmy rozmaitą. Zgodnie jednak ze skandynawską zasadą, że nie ma złej pogody, tylko złe ubranie, czas spędzaliśmy na zewnątrz, spacerując, tarzając się w piachu, kąpiąc się, goniąc Orzeszka II i podziwiając cuda natury i kultury. Dzieciom raz się podobało, a raz nie. Dorosłym podobało się bardziej niż w domu.
Zdrowie, a jakże, mieliśmy rozmaite. Zaliczyliśmy podróżne wymioty, gorączkę nieznanej etiologii, zapalenie krtani i lekki udar cieplny. Zaliczyliśmy też dwóch lekarzy rodzinnych, z których każdy, mimo naszych płochych nadziei, nakazywał nam nie skracać pobytu i jak najdłużej oddychać nadmorskim powietrzem. Jeden kazał nam nawet jeść lody każdego wieczoru, na co Tatuń i Orzeszki przystali z entuzjazmem, a że moja talia nigdy nie była talią osy, więc ja też się specjalnie nie broniłam.
Wydatki, oczywiście, mieliśmy rozmaite. Orzeszki nie są może specjalnie pazerne i nie rzucają się na każde cudo oferowane na nadmorskich deptakach, ale te codzienne lody i inne atrakcje kulinarne też mają swoją cenę. Poza tym absolutna koniecznością są prezenty dla babć. W tym roku podobnie niezbędne okazały się również kolorowe warkoczyki, pluszowe syrenki i designerskie opaski z pomponami – wszystko razy dwa.
Podsumowując, wróciliśmy opaleni, z odchudzonymi portfelami, ale nie brzuchami, z nowymi doświadczeniami wychowawczymi i postanowieniem, że następne wakacje… ech, nieważne.
Trzeba jednak przyznać, że poziom stresu spadł. Powieka przestała mi podskakiwać i mimo upływu 2 tygodni od powrotu, jeszcze nie skacze. Może dlatego, że prosto znad morza wyprawiłam Tatunia i Orzeszki nad jezioro i miałam 3 dni prawdziwego urlopu, ale nie przypisywałabym temu całej zasługi ;-)

P.S. W internecie znajdziecie masę porad, jak uczynić wakacje z dziećmi miłymi, sympatycznymi i relaksującymi. Dowiecie się kiedy jechać, co zabrać, gdzie kwaterować oraz jak się stołować i rozrywać. Prawdopodobnie, jeśli zastosujecie się do tych wszystkich rad: pojedziecie w nocy, zamieszkacie w 2-pokojowym apartamencie z kuchnia , łazienką i widokiem na pobliskie morze, zabierzecie wyposażenie rozrywkowe, ubranie na każdą pogodę i dobrze zaopatrzona apteczkę, sporządzicie listę okolicznych lekarzy, aptek, szpitali, lokali przyjaznych dzieciom i atrakcji dla nich przeznaczonych, nabędziecie łopatki i wiaderka w odpowiedniej liczbie i kolorze oraz zaplanujecie dokładnie pory i miejsca posiłków, drzemek i czynności sanitarnych, a wasze dziecko jest ciche i pokornego serca – wakacje okażą się sukcesem. Dzieć będzie zadowolony, a wy będziecie mogli opowiadać krewnym i znajomym o wspólnym quality time, ilustrując wypowiedź zdjęciami. No chyba, że…
  1. W czasie nocnej podróży padniecie ofiarą łosia, sarny albo dzika, które po prostu zmaterializują się na szosie. 
  2.  Apartament okaże się zimną sutereną.
  3. Ukochana bajeczka maleństwa, ta jedyna przy której się uspokaja, już na drugim zakręcie wpadnie wam pod fotel.
  4. Sądząc, że w Chorwacji nigdy nie pada, nie spakujecie płaszcza przeciwdeszczowego.
  5. Dziecko zapadnie na chorobę, o której istnieniu nie mieliście pojęcia.
  6. Wasza pociecha zgubi się w szeroko reklamowanym jako przyjazny rodzinom labiryncie 3D.
  7. Czyjś niewychowany bachor ukradnie wam łopatkę, ewentualnie wasz słodki maluszek zupełnie niechcący i przez pomyłkę przywłaszczy sobie obce wiaderko.
  8. Nadmiar świeżego powietrza sprawi, że pory posiłków i drzemek staną się zaskakujące.
  9. Mały podróżnik będzie cierpiał na eskapizm i niezgodę na świat.
W tych i wielu innych przypadkach, nastawcie się na ciężki uszczerbek na zdrowiu (również psychicznym).
Poza tym, jeśli dotąd z wakacjami kojarzyły się wam: długie spacery brzegiem morza, leżenie plackiem, czytanie, wielokilometrowe wycieczki rowerowe, eksploracja dzikiej przyrody lub imprezy do białego rana – znajdźcie sobie nowe hobby.
Wakacje z dziećmi, to sport dla twardzieli. Powodzenia.

poniedziałek, 21 lipca 2014

Wypowiedzenie



Zaliczyliśmy ostatnio niewielkie perturbacje związane z opieką nad Orzeszkiem II, będącym dzieckiem wymagającym, głośnym i eksperymentującym. W kwietniu okazało się bowiem, że ogarnięcie naszego domowego potwora zaczyna być ponad siły 72-letniej babci i babcia złożyła wypowiedzenie. Na horyzoncie pojawiło się widmo żłobka rozwiane po krótkim czasie ospą wietrzną i jej długotrwałymi następstwami. Babcia szybko, choć bez entuzjazmu, powróciła do niańczenia i zaczęła regularnie narzekać na swój zaawansowany wiek oraz niezaawansowane wychowanie Orzeszka. Powinna była jednak pamiętać, że dzieci słuchają uważnie, zwłaszcza wtedy, gdy niekoniecznie muszą.
Nasłuchawszy się więc o niewspółmiernym do wieku ciężarze opieki nad wnuczętami, Orzeszek I nakazał babci spakować swoją szczoteczkę do zębów i piżamkę.
- A po co? – zdziwiła się babcia – Nie będziesz już u mnie nocować?
- Nie będę – zdecydowanie odparł Orzeszek.
- Dlaczego? – chciała wiedzieć babcia.
Zupełnie niepotrzebnie, bo Orzeszek z wrodzoną  dyplomacją wyjaśnił:
- Bo już jesteś za stara, żeby się nami opiekować.