Translate

sobota, 11 listopada 2017

Powrót ta...(mamy)




Niech was tytuł nie zwiedzie. Dzisiejsza historia, to nie XIX-wieczny poemat z kresów, w którym: „Tato nie wraca; ranki i wieczory, we łzach go czekam i trwodze. Rozlały rzeki, pełne zwierza bory i pełno zbójców na drodze...”
Rzecz dzieje się współcześnie. Matka powraca z podróży służbowej o zaplanowanej porze, z przydatnymi wiadomościami i znajomościami, usatysfakcjonowana, ale zmęczona. Jest umiarkowanie stęskniona za potomstwem, nie na tyle jednak, by nie docenić kilku dni wolnego od obowiązków rodzicielskich. Cieszy się, że zobaczy rodzinę, jednak bardziej cieszy się na gorącą kąpiel.
Spotkanie z potomstwem również odbiega od Mickiewicza. Nie jest tak, że: „Skoczyły dzieci i krzyczą jak mogą: ‘Tato, ach, tato nasz jedzie!"’”.
Pierwszy okrzyk konsumpcyjnie nastawionej młodzieży brzmi zazwyczaj: „Kupiłaś nam coś?!” Świadoma takiego obrotu sprawy matka zazwyczaj coś kupuje, dzięki czemu zyskuje trochę czasu na rozpakowanie się. Póki potomstwo jest zajęte podziwianiem prezentów, matka rozpakowuje walizkę i pobieżnie ocenia sytuację domową. Zwykle okazuje się, że trzeba wyrzucić śmieci, wytrzeć podłogę w kuchni i pilnie włączyć pranie.
Potem wypada jeszcze wysłuchać kilku mrożących krew w żyłach historii o tym, że: „Założyłam klub dziewczyn, ale Ania powiedziała, że tylko ona będzie szefową i już jej nie lubię.” oraz że: „Nie cierpię pani od informatyki, bo ona nic nie tłumaczy.”
Wreszcie, gdzieś około 21:30, kiedy młodzież uda się na spoczynek, można wziąć tą wytęsknioną gorącą kąpiel i zacząć się zastanawiać, czy powitanie moich dzieci wzruszyłoby jakiegokolwiek XIX-wiecznego zbójcę.

piątek, 15 września 2017

Bez Photoshopa...



Zakosztowaliście już szczerości swoich dzieci? Ja zakosztowałam niejednokrotnie i rzadko było słodko ;-) Nikt bowiem nie potrafi sprawić, że ujdzie ze mnie cała fantazja, jak moje ukochane córki.

Orzeszek I rozpoczął edukację w IV klasie szkoły podstawowej. Ponieważ jako zdeklarowany kujon, nie jestem w stanie zrozumieć niechęci Orzeszka do pracy domowej (przecież to taka pobudzająca intelektualnie rozrywka), lekcje zazwyczaj pomaga mu odrabiać wykazujący się większym zrozumieniem Tatuń. 

Na jednej z pierwszych stron podręcznika do przyrody, jako przykład wytworów człowieka widnieje warszawski Hotel Westin, którego fotografia poruszyła w duszy Tatunia czułą strunę. Przypomniał sobie prehistoryczne czasy, gdy oboje byliśmy piękni, młodzi i zaangażowani w działalność Klubu Miłośników Zegarów i Zegarków (więcej o prehistorii przeczytacie tu). Przed 11 laty wygłosiłam na spotkaniu klubu wykład o ochronie własności intelektualnej w branży zegarmistrzowskiej, spotkanie zaś zostało zrelacjonowane w prasie branżowej. Zamiast więc skupić się na przyrodzie, Tatuń popędził po przechowywany w domowym archiwum egzemplarz Nr 4/2006 magazynu Chronos, by pokazać Orzeszkowi jego piękną i inteligentną matkę - przecież dziecko musi brać z kogoś przykład.

Orzeszek obejrzał, pokręcił głową, upewnił się, że to rzeczywiście matka, po czym podsumował:
- Jakaś ładna... Chyba ją trochę do tego zdjęcia przerobili?

- To nie przez Photoshopa, kochanie - miałam ochotę powiedzieć - To przez dzieci ;-)

wtorek, 25 lipca 2017

Moje/Twoje




Nie zaglądałam tu bite pół roku. Przyczyny są dość prozaiczne. Po prostu jestem zajęta i zmęczona. Niewielka dawka syntetycznych hormonów tarczycy chyba przestała dawać radę, a do wizyty u specjalisty jeszcze 3 miesiące. Zaleta jest taka, że dobrze sypiam - wystarczy przyłożyć się do czegoś miękkiego.
Szczęśliwie znajduję jeszcze czas i siły na lekturę. Jednak z uwagi na fakt, że stałam się czytelniczym krótkodystansowcem (po 2 stronach odlatuję w ramiona Morfeusza), stawiam na pozycje pragmatyczne.
Taką właśnie lekturą okazało się "Rodzeństwo bez rywalizacji..." Adele Faber i Elen Mazlish (tak, tak właśnie tych od "Jak mówić, by dzieci słuchały..."), po którą sięgnęłam ze zmęczenia... Zmęczenia hałasem, tupotem i wrzaskiem, który nie pozwalał mi skupić myśli, a co gorsze, odpalał w mojej głowie lont (nie chcecie wiedzieć, jak duży był ten skład dynamitu).
Ku mojemu zaskoczeniu, książka okazała się objawieniem. Zawiera cztery rewolucyjne zasady:
1. Pozwól okazywać negatywne emocje (ale nie działać zgodnie z nimi),
2. Unikaj porównań,
3. Nie kochaj tak samo (a raczej tak, jak każde z dzieci tego potrzebuje),
4. Nie przyklejaj etykiet.
Gdy udaje mi się je stosować (co wcale nie jest łatwe - nawyki trudno zmienić z dnia na dzień), cieszę się z zawieszenia broni. Jeśli o nich zapominam - lont nieubłaganie się skraca.
Jak dotąd nie rozgryzłam np. tematu własności. Tu Orzeszki nie uznają rozejmów... Chcecie przykładów? Proszę bardzo! 
Orzeszka Drugiego zmogła właśnie angina i oprócz antybiotyku i innych specyfików, przyjmuje powszechnie znany lek na ból gardła w atomizerze. Lek ów jest niewątpliwie smaczny, bowiem oba Orzeszki nie mogą mu się oprzeć. Straszy i mądrzejszy Orzeszek Pierwszy, widząc opakowanie pozostawione na kuchennym stole rzuca się na nie i nie bacząc na czyhające na jego zdrowie bakterie, aplikuje sobie solidną dawkę.
Oczywiście strofuję go szorstkimi słowy: "Czyś ty zwariowała, przecież na tym jest paciorkowiec!!!" I wtedy z obłędem w oczach przybiega Orzeszek Drugi, krzycząc chrapliwie: "To mój paciorek! To mój paciorek!"
Lalkę rozumiem, pilot TV rozumiem, nawet kredkę rozumiem... Ale żeby się o Streptococcusa pyogenesa  szarpać?!

poniedziałek, 27 lutego 2017

Wilczyska




Długo tu nie zaglądałam. Nie, żeby zabrakło mi tematów. Z Orzeszkami to raczej niemożliwe.
Jednak, jak wiedzą wszyscy pracujący rodzice, doba rozciąga się tylko do pewnego stopnia i dalej ani rusz.
Skoro jednak pewien wysoko postawiony czytelnik zasugerował bardziej terminowe prowadzenie zapisków, spieszę z historią z życia Orzeszków wziętą.
Jednym z ulubionych sobotnich zajęć moich uroczych panienek (poza złoszczeniem matki oczywiście) jest zabawa w „Wilczyska”. Udają wtedy watahę wilków (nie dziwcie się, role mają podwójne, a nawet potrójne), która poluje na okoliczną zwierzynę dziką i udomowioną.
Nie chcę dziś rozwodzić się nad psychologicznym znaczeniem takich zabaw, na psychoanalizę zapewne przyjdzie jeszcze czas. By zniwelować towarzyszący temu niepokój, wolę więc skupić się na aspektach humorystycznych.
Wilczyska zwykle przed polowaniem sprawdzają zasoby swojej kuchni, które konstatują ze zrezygnowaniem: „Nie ma nic do jedzenia, tylko kupa łosia z zeszłego tygodnia.” ;-(
Zmuszone tymi smutnymi okolicznościami, uganiają się głównie za zajączkami i sarenkami. Czasem trafia im się jednak szlachetniejsza ofiara.
Zdarza się bowiem, że jeden wilk warczy: „Hej, złapałem księżniczkę!”. Koledzy są co prawda pod wrażeniem, ale doradzają: „Utucz ją trochę, księżniczki zawsze są na diecie!”
No a potem… Siadamy do śniadania.

wtorek, 11 października 2016

Murarz domy buduje, krawiec szyje ubrania…




… pisał Julian Tuwim w promującym ideę solidarności społecznej wierszyku „Wszyscy dla wszystkich”. A nauczyciel naucza – chciałabym sparafrazować.
Dlaczego? Dlatego, że czuję bezradność i złość w obliczu nakładanych na mnie przez publiczną placówkę edukacyjną zadań. Co gorsza już widzę opłakane skutki moich nieudolnych i skrajnie nieprofesjonalnych prób sprostania tym zadaniom.
Zacznijmy jednak od końca, tzn. od skutków. Ostatnio z niejakim zdziwieniem (sama bowiem byłam kujonem, szkołę uwielbiałam i nie potrzebowałam żadnej motywacji z zewnątrz) zauważyłam, że Orzeszkowi I brakuje motywacji do nauki, wszystkie zaś obowiązki szkolne traktuje jak kupę g****, którą lepiej omijać z daleka bo śmierdzi i można wdepnąć. Jako Rodzic Myślący zaczęłam zadawać sobie pytanie: „Dlaczego?” Oto do jakich wniosków doszłam…
Zmęczona pretensjami: „Bo mi nie spakowałaś! Bo mi nie przypomniałaś! Bo mi nie sprawdziłaś!”, w tym roku szkolnym oświadczyłam Orzeszkowi, że sam jest odpowiedzialny za swoją pracę domową i kompletność plecaka, zaś na ewentualną pomoc może liczyć zawsze, pod warunkiem wszakże, że o nią poprosi. Zachwycona tym usprawnieniem, które nie dość, że przywraca mi skrawek wolności, to jeszcze nauczy Orzeszka odpowiedzialności i planowania, zaczęłam o nim czytać (np. tu) i, co gorsza, opowiadać. Przy okazji pierwszej wywiadówki, naiwnie podzieliłam się tą rewolucyjną koncepcją pedagogiczną z wychowawczynią Orzeszka, czym wzbudziłam konsternację wyrażoną słowami: „No nie wiem czy to się sprawdzi?”
Że się nie sprawdzi, miało się okazać już wkrótce. Nie od dziś wiadomo, że nowe zasady przyjmują się opornie. Nic więc dziwnego, że Orzeszkowi zdarzyło się zapomnieć o dokończeniu lektury, przećwiczeniu czytanki lub wykuciu na pamięć angielskiej pisowni liczebników. Wtedy zaś pojawiały się uwagi: „Brak pracy domowej!”, „Gabrysia nie przygotowała czytanki. Sprawdzę jutro!” albo moja ulubiona: „Proszę, by dzieci przychodziły przygotowane.” Wszystkie obrazowały pracę domową jako OBOWIĄZEK i nakładały na rodzica zadanie dopilnowania wykonania przez dziecko tego OBOWIĄZKU.
Nie żebym miała pretensje, rozumiem, że program napięty i trzeba gonić. Niemniej jednak, po ich przeczytaniu, w pełni rozumiem niechęć Orzeszka. Dlatego bardzo chcę powiedzieć tak…
Drogi Nauczycielu,
Zarabiasz na życie (nie wnikam czy wystarczająco, tak jak nikt nie wnika w to w moim przypadku) ucząc moje dziecko (wg słownika – przekazując mu wiedzę). Dziecko, które jest największym skarbem (bo jest moje) . Dziecko, które jest wyjątkowe (bo każdy jest). Dziecko, które ze względu na ponadprzeciętny potencjał intelektualny powiązany niestety z nieharmonijnym rozwojem w innych obszarach ma specjalne potrzeby edukacyjne (bo tak orzekli specjaliści). Wreszcie dziecko, któremu próbuję zapewnić poczucie więzi i bezpieczeństwa. Mam nadzieję, że traktujesz to zadanie poważnie, poświęcasz mu wystarczającą ilość czasu oraz wszystkie swoje zdolności i umiejętności.
Ja zarabiam na życie w inny sposób (może pobieram podatki, może buduję domy, może szyję ubrania). Traktuję swoją pracę z szacunkiem, poświęcam jej około 9 godzin dziennie (jeśli trzeba, więcej) i wykorzystuję w niej wszystko, czego się przez lata nauczyłam. Kiedy wychodzę z domu moje dziecko jeszcze śpi. Kiedy wracam – muszę zadbać o jego potrzeby fizyczne, intelektualne, emocjonalne i duchowe. Muszę pomyśleć o ciepłym posiłku, umiarkowanym wysiłku fizycznym i wystarczająco długim śnie, porozmawiać o czymś więcej niż, jak było w szkole i co zadane, wysłuchać dlaczego Zośka jest okropna, a Stasiek jest super, może zagrać w jakąś grę, może coś wspólnie przeczytać, a może po prostu się poprzytulać. Mam na to wszystko jakieś 4 do 5 godzin. Czy wspomniałam, że mam także drugie dziecko i męża???
Dlatego proszę… Nie każ mi w tym krótkim czasie, który mamy dla siebie jako rodzina być strażnikiem, bo jako strażnik mam na oku to, co ważne dla Ciebie, ale tracę z oczu to, co najważniejsze dla mnie. Widzę pracę domową, a nie widzę swojego dziecka.
Uwierz, że staram się budować w Orzeszku pozytywny obraz szkoły i zachęcać go do podejmowania wyzwań. Tyle mogę. Nie znam jednak nowoczesnych, odpowiadających na indywidualne potrzeby uczniów metod nauczania. Nie wiem jak nauczyć 8-latkę mającą problemy w poprawnym pisaniem po polsku bezbłędnego zapisywania liczebników po angielsku (legitymując się CAE nauczyłam ją bezbłędnego rozpoznawania tych liczebników, ale to ponoć za mało na III klasę). Nie wiem jak przekonać zniechęconego dzieciaka do przećwiczenia czytanki, gdy twierdzi, że nawet jak przećwiczy, to w szkole tak się zestresuje, że nie przeczyta. Nie wiem jak pocieszyć, gdy jego piękny wiersz o jesieni nie został wysłany na konkurs, bo był brzydko przepisany. Czy to nie Ty powinieneś to wszystko wiedzieć?

wtorek, 2 sierpnia 2016

Wakacje slow



Znacie to uczucie, gdy zbliża się koniec roku szkolnego (miesiąc przerwy przedszkolu, żłobku lub innej instytucji oświatowo-przechowawczej), a Wy z rosnącym niepokojem kombinujecie, jak, gdzie i za ile zagospodarować wolny czas waszych pociech? Nazywam to stresem wakacyjnym, wynikającym ze skazanych na niepowodzenie prób pogodzenia sprzecznych żywiołów, jakimi są rodzice i dzieci.
Wyliczmy zatem do pięciu:
  1. Trzeba młodzież gdzieś wywieźć (Pół biedy, jak masz rodzinę na wsi – całe pokolenia pozbywały się w ten sposób dzieci. Niestety, ja jestem z miasta od czterech pokoleń).
  2. Trzeba młodzieży zapewnić rozwój i zabawę, a najlepiej rozwój przez zabawę.
  3. Trzeba zmieścić bagaże w kompaktowym aucie (Tu akurat znalazłam rozwiązanie – restrykcyjne limity dotyczące zabawek. Przecież w wakacje trzeba w końcu obudzić wyobraźnię.)
  4. Trzeba zmieścić się w zaplanowanym budżecie (No chyba, że stać Was na zapomnienie na budżecie – Ja zapominam ostatniego dnia.)
  5. Trzeba (i to powinno być Wasze absolutne must have) zagwarantować sobie 14 dni nieprzerwanego WYPOCZYNKU.
Nie wiem jak Wam, ale u mnie zawsze coś nie grało (zazwyczaj niestety nr 5) i wydawało mi się, że niedościgłym ideałem pozostanie zeszłoroczna przeprowadzka, kiedy nie wywieźliśmy, nie zapewniliśmy i nie zmieściliśmy, a budżet poszedł na remont.
Dlatego w tym roku postanowiłam odpowiedzieć sobie na dwa pytania: Czego chcę? – Świętego spokoju, obserwowania uśmiechniętych dzieci i nowej torebki za pieniądze oszczędzone na wakacjach. Czego nie chcę? – Hałasu, tłoku, marudzenia, przypadkowego jedzenia i przypadkowych pamiątek.
Na takich założeniach oparły się nasze wakacje.





Jazdę próbną miał stanowić majowy wypad do Białowieży, który z braku miejsc w puszczy okazał się wypadem na Suwalszczyznę. Kwaterowaliśmy w Gawrych Rudzie, gdzie spędzamy wakacje od lat, jednak tym razem było inaczej. Mimo niewątpliwie urokliwego położenia domku, o który co roku stara się moja teściowa, wakacje nad Wigrami kojarzyły mi się dotąd ze sławojką, noszeniem wody ze studni, wąskimi wersalkami i ciągłym drżeniem o Orzeszki zbiegające po skarpie do jeziora. Im człowiek starszy, tym mniej docenia takie atrakcje – jak mawia pewien niestary jeszcze znajomy: „Jestem za stary, żeby się nurzać w prymitywie…” Tym bardziej, że już wiem, jak bardzo inaczej może być: przestronny pokój z szerokim łożem, leniwe śniadanie na tarasie z widokiem na zielonego przestwór oceanu i (co nie bez znaczenia) kanalizacja oraz gorący prysznic. Pozostałe elementy pozostały mniej więcej bez zmian: były lody u Jawora, moczenie nóg w Wigrach i spacer nad leśne jeziorka… Był też (bo jakże mogłoby go nie być, skoro woda w jeziorze jeszcze za zimna na kąpiel) basen w Suwałkach, gdzie Orzeszek I nurkował i pływał jak oszalała syrena (vel. rekin ludojad) , zaś Orzeszek II wczepiał się wszystkimi kończynami w któreś z rodziców, udowadniając tym samym, że on, w przeciwieństwie do siostry uważa się za stworzenie lądowe, a woda to jest dobra w butelce. Szczęśliwie, dzięki założonemu wcześniej priorytetowi, iż to rodzice mają mieć WYPOCZYNEK, udało się podzielić obowiązki i uniknąć bardziej dotkliwych ataków histerii i piętrowego focha.

Pamiętając jednak, że wśród pozostałych priorytetów pojawił się rozwój przez zabawę, postanowiliśmy ruszyć także na Baśniowy Szlak. Początkowo mieliśmy mieszane uczucia, bo inicjatywa wiosek tematycznych wykończyła Ogród Bajek w Kaletniku, ale ile można się moczyć w wodzie? Póki co, odwiedziliśmy tylko Zaułek Krasnoludków w Suwałkach, Wioskę Darów Lasu w Kopcu i Dolinę Przygód nad Szeszupą w Rutce Tartak, ale dzieciakom pomysł szukania skarbów, liczenia jagód i chodzenia na żurawich nogach bardzo się spodobał. Może nie była to magiczna podróż w krainę baśni, ale alternatywa dla ogranego placu zabaw i basenu z kulkami – na pewno. Jedynym niemiłym zaskoczeniem była Rutka Tartak, gdzie w bajkowej wiosce brak gospodarza zachęcił autochtonów do szukania wygodnych legowisk w Dolinie Przygód nad Szeszupą. Orzeszki odebrały cenną życiową lekcję, że niektóre przygody kończą się utratą pionu, po czym wybrały lekcję polityki międzynarodowej na trójstyku granic w Wisztyńcu.
Poznawszy gdzie Polska, gdzie Litwa, a gdzie Rosja oraz gdzie nogę bez paszportu i wizy stawiać można, a gdzie nie należy, Orzeszek I skwitował tłumne pojawienie się wycieczki zakładowej następującym oświadczeniem: „Chodźmy, bo zaraz ktoś wlezie do Rosji, przyjadą żołnierze i nie będą pytać kto, tylko wszystkich zamkną na 25 lat do więzienia albo wywiozą!” Przekonani stanowczością i logiką tego przekazu, poszliśmy… a zaraz potem ktoś oczywiście wlazł.
W planie były jeszcze mosty w Stańczykach, które Orzeszki, zapoznane z historią linii kolejowej Gołdap – Żytkiejmy (rodzice wszak penetrowali niegdyś te okolice) uznały za mało autentyczne, bo przecież powinien po nich jeździć pociąg, a nie leżeć polbruk. Były jednak dumne, że się na nie wdrapały i szczęśliwe, że nie dosięgła nas krążąca wokół burzowa chmura.
Podsumowując, było miło, spokojnie i powoli. Nie licząc nowego kasku rowerowego dla Orzeszka I (bo ze starego głowa jej wyrosła, a nowy był niebieski), kupiliśmy tylko 1 (słownie jeden) magnes na lodówkę (bo mamy taki zwyczaj podróżny), zjedliśmy tylko jednego przypadkowego kebaba i zadowoleni oraz odrobinę wypoczęci wróciliśmy do codzienności.











Prawdziwym sprawdzianem nowych założeń wakacyjnych miał się okazać lipiec. Długo się wahaliśmy, ale w końcu Tatuń przeciął spekulacje stanowczym: „Ale do Łeby na 2 tygodnie to ja już nie chcę!” Sama nie chciałam, pozostało więc wymyślić coś innego. Z pomocą przyszła mi nieświadomie moja siostra, która w połowie czerwca miała wydać na świat swojego pierworodnego. Dziadkowie, z racji zaawansowanego wieku, nie wybierali się zobaczyć wnuka, obwołałam się więc samozwańczym reprezentantem rodziny, namówiłam Orzeszka I na wizytę w Holandii i zarezerwowałam 2 bilety lotnicze na 1 lipca. Odetchnęłam, że pierwszy tydzień urlopu mam z głowy, pobawimy się dwutygodniową laleczką, zwiedzimy Amsterdam, a Tatuń w tym czasie zadzierzgnie silniejszą więź z Orzeszkiem II. Tatuń i owszem, zadzierzgnął, my jednak trafiłyśmy na jednodniowego noworodka i jego matkę w połogu. Czy było źle? Wręcz przeciwnie! Mogłyśmy pomóc, robiąc zakupy i wyprowadzając psa lepiej poznałyśmy życie w innym kraju, a i na Amsterdam czasu starczyło. Zasmakowanie cudzej codzienności też jest formą odpoczynku, chodzi przecież o to, żeby zmienić okoliczności.
Jako że jesteśmy rodziną pełną, po szczęśliwym lądowaniu wypadało spędzić resztę urlopu z mężem i obiema córkami. Wybraliśmy destynację (tfu!) tyleż niemodną, co zaskakującą. Otóż, kochani czytelnicy, pojechaliśmy do Krasnobrodu. Jeśli gorączkowo próbujecie umiejscowić Krasnobród na mapie, nie łudźcie się. Nie wiecie, gdzie to jest. Odkąd wróciłam z urlopu 2 tygodnie temu, żaden z moich rozmówców nie wiedział… Dlatego spieszę z wyjaśnieniem: Krasnobród to uzdrowisko na Roztoczu, vel Zamojszczyźnie, vel Lubelszczyźnie. Mają tam zalew z niebrzydkim deptakiem, molo, kompleks basenów, stary kamieniołom, park linowy i park dinozaurów (gwoli ścisłości mają też silnie zakorzeniony kult maryjny, ale tego akurat nie praktykujemy). Z zasadzie samego Krasnobrodu powinno przeciętnej rodzinie wystarczyć na 4-5 dni. Kto jednak powiedział, że my jesteśmy przeciętni? Starczyło nam na trzy, a potem był jeszcze Zamość z uroczym starym miastem i zaskakująco dużym zoo, Zwierzyniec z malowniczymi Stawami Echo i browarem pamiętającym Stanisław Kostkę Zamojskiego, Zagroda Guciów z pysznym regionalnym jedzeniem i porywającym do tańca akordeonistą oraz lubelska starówka z legendami o córce złotnika i Czarnej Inez, przepyszną chałką z Mandragory i luksusowymi burgerami.
Znów było miło, spokojnie i powoli. Młodzież została wywieziona, zabawiona oraz rozwinięta fizycznie i intelektualnie. Bagaże zmieściły się w samochodzie, a my w założonym budżecie (choć przyznaję, że na chwilę pozwoliliśmy sobie o nim zapomnieć). Powróciłam z urlopu wypoczęta, kupiłam nową torebkę i nie rusza mnie nawet sterta prania zamieniająca się powoli w stertę prasowania. Wakacje jeszcze trwają. I take it slow.

środa, 8 czerwca 2016

Qlturka


Kwiecień i maj upłynęły nam kulturalnie. Rozrywaliśmy się, a to na targach książki w Operze, a to na jej kiermaszu w Arsenale... Na koniec zaś nie poszliśmy spać, żeby przeżyć noc w muzeum.
Z matczyną satysfakcją dostrzegłam, że Orzeszek I bardzo rozwinął się czytelniczo. Nie pozwolił podpowiedzieć sobie ani jednej książki. Wybrał sam: przyrodniczo i artystycznie, a następnie artystycznie i przyrodniczo. Nie żebyśmy ustrzegli się dziewczyńskiego barachła. Co to, to nie - laleczka w babeczce też musiała być (na szczęście za ciężko zarobione kieszonkowe).
Orzeszek II wolał mniej literackie rozrywki, co zakończyło się nabyciem opartej na bardzo prostym koncepcie gry Speed Cups, która niemal natychmiast stała się hitem dziecięcych spotkań towarzyskich (podejrzewam, że to dźwięk dzwonka uzależnia).
Przy okazji Orzeszki na różnych warsztatach stworzyły książkę leśną i książkę miejską. Wszystkie przecudnej urody, w co musicie uwierzyć na słowo, bowiem Orzeszek I zabronił mi rozpowszechniać zdjęcia tych wiekopomnych dzieł.
Jak co roku, książkowa wiosna nas nie zawiodła i natchniona przypadkową rozmową pod gmachem opery, zaczęłam myśleć o jakimś większym książkoznawczym wojażu.



Noc muzeów zaplanowaliśmy natomiast w bardzo okrojonym zakresie. Trochę dlatego, że białostockie instytucje kultury nie oferowały nic nowego pod słońcem (tfu, księżycem), trochę z lenistwa i braku miejsc do parkowania. Standardowo odwiedziliśmy Muzeum Historyczne, które jak co roku nas nie zawiodło i poza stałą ekspozycją pokazało sfałszowane pieniądze z różnych epok oraz stare sprzęty agd - hitem była szafko-lodówka na suchy lód, zaś przy adapterze Bambino i pralce Frani niejednego chwyciła nostalgia. Orzeszki patrzyły zafascynowane, choć bez właściwego tylko starcom rozrzewnienia. 
Potem postanowiliśmy w końcu obejrzeć nowy kampus uniwersytecki i muzeum stworzone ze zbiorów Instytutu Biologii. Nie spodziewaliśmy się niczego, więc to co zobaczyliśmy przeszło nasze oczekiwania. Zbiory zaprezentowane zostały nowocześnie, w sposób usystematyzowany i budzący ciekawość. Orzeszka I nie można było odciągnąć od bursztynów, a Orzeszka II od łosia, bobrów i "stada leni". Bardzo późnym wieczorem zmęczenie wzięło jednak górę... Choć Dominika Hanna chętniej spędziłaby tę noc z wilkami niż we własnym łóżku.



niedziela, 15 maja 2016

Lista przebojów młodszych nastolatków

Orzeszki pałają szczerą miłością do muzyki rozrywkowej. O ile jednak Orzeszek Pierwszy niezmiennie preferuje standardy musicalowe, o tyle Orzeszek Drugi gust ma kapryśny i nieprzewidywalny. Czasami doprawdy trudno zgadnąć, jakiej muzyki pragnie słuchać.
Gdy przychodzi z prośbą: "Włącz muzykę!", a ja pytam: "Jaką?", scenariusz może być następujący...
  1. "Lego", odpowiada, a ja już wiem, że chodzi o...>>>>
  2. "Jak śpiewają w samochodzie", informuje, co jest sygnałem do podróży przez epoki ze >>>>>
  3. "A fej, a fju", mówi niezbyt zrozumiale i wtedy muszę dopytać, o co chodzi, a ona tłumaczy... że to jak pani chodzi po Paryżu i płacze, bo jej mąż pojechał na wieżę Eiffla i długo nie wraca. Nadal nie kumam, ale z pomocą przychodzi Orzeszek I i wyjaśnia, że chodzi o >>>>>>
  4. "Pomalowany i pomalowana" żąda i konia z rządem temu, kto odgadnie, że chodzi o >>>>>>>

Prawdziwa "lista osobista" prawda?

czwartek, 28 kwietnia 2016

Matka Polka...

Dzisiejsze hasło dobrze ilustruje to niezbyt miłe zaskoczenie, które przydarza mi się co piątek. Wiecie jak jest, w tygodniu pracuję, co do pewnego stopnia usprawiedliwia mniejsze zaangażowanie w fizyczną i psychiczną pielęgnację przychówku. Potem jednak przychodzi sobota, następnie zaś niedziela, kiedy próżno szukać podobnych wymówek i znów trzeba kombinować w co się bawić. Od jakichś 3 lat sypiam po 5 godzin na dobę, do niedawna było tak jednak dlatego, iż po 22:00 (kiedy już Orzeszki wykąpią się, położą do łóżek, wysłuchają ulubionej bajki, napiją się, zrobią siku, napiją się, zrobią siku, napiją się... i wreszcie na dobre zasną) wykonywałam prace domowe lub zacieśniałam więzy małżeńskie przy lampce wina. Natomiast od niemal 3 miesięcy po 22:00 często nadal pracuję, obowiązki domowe leżą odłogiem, a mąż siedzi przy lampce... oświetlającej ekran jego laptopa. O wychowywaniu Orzeszków nawet nie wspominam, bo nie bardzo jest się czym chwalić: jak trzeba gaszę pożary, poza tym nie reaguję. Sytuacja, jak widzicie, sprzyja wymianie doświadczeń i tworzeniu grup wsparcia. Ostatnio wdałam się więc w dyskusję o ograniczonych możliwościach pracy i nauki w domu (bo przecież: Mamo jeść! Mamo pić! Mamo bajkę! Mamo ona na mnie patrzy!) z kolegą o podobnym statusie zawodowym i rodzinnym, on zaś poradził, żebym po prostu zamknęła się w pokoju. No ale jak to, zdziwiłam się, a obiad, lekcje, dzieci...? A kolega na to: "Przecież matkę mają!"...

środa, 13 kwietnia 2016

Miłości przedszkolne

Pamiętacie historię Gabrieli i Jakuba? Gwoli przypomnienia polecam zajrzeć TU. Z biegiem lat, z biegiem dni młodociane uczucie przygasło, teraz zaś w wir przedszkolnych romansów wpadł Orzeszek II. W przeciwieństwie do stałej w uczuciach starszej siostry jest on niewątpliwie lwem (smokiem?) salonowym oraz łamaczem licznych serc. Ostatnio powrócił bowiem z przedszkola z następującym zwierzeniem: "Wies mama... Pemek się we mnie zakochał..., ale moze się lozcalować." Dlaczego Przemek miałby się rozczarować, okazało się już następnego dnia, gdy odbierający Orzeszka Tatuń zastał córkę w wianuszku wsłuchanych w jej narrację oraz wpatrzonych w jej dwukolorowe oczęta wielbicieli. Jak się później okazało byli to: Mikołaje i Miłos... jej "chłopaki". I co? Dziwicie się jeszcze Przemkowi?   

środa, 2 grudnia 2015

Pasowanie...



Miało być o pasowaniu na przedszkolaka, ale tak po prawdzie, niewiele mam o nim do napisania. 
Tyle tylko, że było zaskakujące. Nasz aspołeczny, agresywny i absolutnie nieujarzmiony Orzeszek II okazał się  bowiem wzorowym członkiem przedszkolnej wspólnoty. Dzieckiem idealnym, które uśmiecha się kiedy trzeba, recytuje co trzeba i tańczy jak trzeba... nie dziwne zatem, że Pani Dyrektor pasowała Orzeszka II bez wahania, z rezerwą patrząc na wahanie rodziców.
Zanim jednak rodzice mieli okazję obejrzeć tą cudowną metamorfozę, dziecko przyniosło zaproszenie. A jak już przyniosło, postanowiło odczytać (bo przecież teraz uczą tego jeszcze przed pasowaniem):
- Zapasam mamę i tatę na... - tu nastąpiła efektowna pauza na zaczerpnięcie oddechu - ... na pekolaka.
-A mnie? A mnie? - dopytywał się niecierpliwie Orzeszek I, bo swoje pasowanie przechorował.
Orzeszek II zastanowił się, wejrzał w zaproszenie i wodząc po nim palcem, odczytał wyrok:
- A-siost-lów-nie!
No i siostra nie poszła... Przecież napisali, że nie jest zaproszona.

środa, 4 listopada 2015

Koniec pieśni?




Naprawdę sądziłam, że już nic nie napiszę. Orzeszki są męczące, nie zasługują na internetową popularność, a tak w ogóle to nie mam czasu... tak myślałam.
Potem jednak przeżyłam czytelnicze odrodzenie i odzyskałam wenę. Co ma piernik...? - zapytacie. 
Trzeba przyznać, że czytanie nie każdego zachęca do pisania. Mnie jednak zachęciło. A było tak...
Od jakiegoś czasu czułam się intelektualnym wrakiem. Coś tam nawet próbowałam czytać, ale wlokło się to niemiłosiernie i gdy tylko mogłam, wybierałam mniej wymagającego audiobooka. I nagle "Ciemno, prawie noc" Joanny Bator wessało mnie z kapciami. Wessało to dobre słowo dla współczesnej psychologiczno-historycznej powieści gotyckiej. Nie przeczytałam książki w dwie noce od dziesięciu (no dobra, dwunastu) lat, a i tego dziwadła bym nie przeczytała, gdyby napisał je ktoś z mniejszym talentem. Ryzykowne tematy, ryzykowna forma i ryzykowne eksperymenty z językiem - a jednak smaczne.
A dodatkowo pozostała mi po tej oniryczno-makabryczno-polityczno-baśniowej książce pewność, że bardzo kocham moje dzieci i zawsze chcę pamiętać o ich wyjątkowości. Cóż więc pozostało, jak nie zapisywać?
Więc (choć nie zaczyna się od niego zdania) w następnym odcinku - pasowanie na przedszkolaka.

środa, 22 lipca 2015

Życie to nie bajka

Kwietniowa data ostatniego posta wskazuje albo na brak atrakcyjnych tematów, albo na niemoc twórczą. Od razu przyznaję się, że chodzi o to drugie. Tematów było bowiem w nadmiarze... Choćby targi książki w Operze i bardzo trafione zakupy w dziale skandynawskiej prozy dziecięcej oraz bardzo chybiony wybór audiobooka "Był sobie król", po którym Orzeszek I miał koszmary, a Orzeszek II nie - bo nie chciał spać.

Albo kiermasz książki artystycznej w Arsenale i nabycie najpiękniejszego w naszej biblioteczce "Piotrusia Pana" (serio, serio, takich ilustracji dawno nie widziałam) oraz ćwiczenia z rysowania rysia i ryjówki. 

Albo udział Orzeszka I w konkursie poetyckim z wierszem o... cóż za zaskoczenie... rysiu i ryjówce właśnie (wygrana lornetka i kompas do dziś pysznią się na półce z trofeami).

A może zakończenie sezonu baletowego (tym razem na prawdziwej, operowej scenie) w arcyszybkim układzie tanecznym o kurczakach? 

Albo zakończenie roku szkolnego i zataczający coraz szersze kręgi spór o zatrzymanie nauczyciela? 

Albo praca w urzędzie, która stała się pracą w korporacji?

Innymi słowy, trochę się działo. Ponieważ jednak, zgodnie z dzisiejszym tytułem, życie to nie bajka, jakoś nie miałam siły ni ochoty, żeby się o tym rozpisywać. Przenikliwość Orzeszka II wyrwała mnie jednak z otępienia. 

Mimo przytłoczenia codziennością, udawało się nam czasem (z Tatuniem) okazywać sobie czułość. I w takiej właśnie chwili, na bezsprzecznie filmowym pocałunku, zdybał nas Orzeszek II. 

- Mamo. co lobis!? - zakrzyknął wyraźnie zszokowany - To nie kęć!! (tłum.: Mamo, co robisz !? To nie książę!!)

 Nie ma co ukrywać, z Tatunia żaden "kęć", a i ja już dawno przestałam być księżniczką, więc pozostało nam tylko zgodnie odrzec: 

- Bo życie to nie bajka, Haniu.

środa, 22 kwietnia 2015

Nihil novi




Nie mogę się jakoś zebrać do opisywania Orzeszkowej codzienności. Mam wrażenie, że moim zmaganiom z wygadanym przychówkiem brakuje świeżości. Nic nowego pod słońcem, jak mawiał mądry król Salomon. 
Człowiek się przyzwyczaja... do dyskusji na temat zdrowej żywności (...nie cę jabułka, cę koladę) i pory odrabiania lekcji (... ale przecież jak zacznę teraz, to nie zdążę się pobawić), do wojny podjazdowej (...ale jak pożyczę jej lalkę, to ona nie odda) i walki wręcz (...maaaamo, Gabisia mnie ubiła), do dyskusji o modzie (...to nie pasuje, cę tuńtę) i o urodzie (...tylko bez suszenia, suszarka niszczy włosy). 
Kiedy jutro rano zbudzę Orzeszki, Hanka popędzi do łazienki i krzyknie: "Uglałam", a Gabrysia wymruczy spod kołdry, że to nie wyścigi. Wsiadając do auta, bez wątpienia odpalę "Moka lelkiego" albo "Keka". Przy obiedzie Orzeszek I zapyta, czy może nie jeść mięsa, bo chyba jest na nie uczulony, a Orzeszek II dwuznacznie poprosi: "Pojedz mnie". Zaś gasząc światło w dziecięcym pokoju znów wyświetlę gwiazdki i włączę "Małą lenkę" czytaną przez Jerzego Stuhra. Klasyczny dzień świstaka.
Zżera mnie rutyna (którą niektórzy, choć to zupełnie inna historia, uważają za samicę Yeti), a ja wciąż nie wiem jak się wyrwać z jej paszczy. No ale wiosna przyszła, więc może jakaś myśl mi zakwitnie?

Legenda:
jabułko - jabłko
kolada - czekolada
ubiła - skoro ofiara jeszcze krzyczy, to nie zabiła, a jedynie nabiła
tuńta -sukienka
uglałam - wygrałam
mok lelki - smok wawelski
kek - "Live and let die" Beatlesów, zwana tak ze względu na wystąpienie w Shreku3
mała lenka - mała syrenka

   

niedziela, 22 lutego 2015

Alicja Épingle


Życie każdej matki obfituje w akty heroicznego poświęcenia. Większość z nas, dla radości swych pociech, jest w stanie robić z siebie jelenia i jeszcze się tym chwalić. I właśnie o tym będzie ta historia...
Tuż przed feriami Orzeszek I oznajmił, iż zamierza wziąć udział w rodzinnej akcji UNICEF-u "Wszystkie kolory świata". Słowo "rodzinnej" zaniepokoiło mnie odrobinę, ale pomyślałam, że trzeba pochwalić dziecięcą inicjatywę i naiwnie zapytałam o szczegóły. Okazało się, że na poniedziałek po feriach powinnam (wspólnie z Orzeszkiem oczywiście) uszyć laleczkę według szablonu, a także napisać jej curriculum vitae. Tak powstała Alicja Épingle, francuska dziewczynka wprost z Paryża, której mama jest projektantką mody, a tata fryzjerem. Nietrudno zgadnąć, kto był autorem tego nieprawdopodobnego życiorysu... ja proponowałam Anaruka chłopca z Grenlandii, ale nie zyskał aprobaty.
Orzeszek odwalił kawał dobrej roboty ze stworzeniem wiarygodnej historii, więc szycie Alicji i jej kreacji pozostawił mi. Czasy ZPT-ów dawno minęły, więc biedna paryżanka wyglądała najpierw jak manekin zapaśniczy, a potem jak gumowa lala... szczęśliwie sukienka i kapelusz dodały jej nieco french chic.
Jak w pozytywistycznych nowelkach, szyłam nocami, żeby dziecko nie słyszało tych wszystkich niezbyt parlamentarnych słów, które padły przy drapowaniu koronki. Ku własnemu zdumieniu zdążyłam, a moja praca została doceniona i przez Orzeszka i przez jej szkołę.
Sądziłam, że na tym koniec. Alicja trafi na jakiś kiermasz, na którym nikt jej nie kupi i nigdy już jej nie zobaczę. Na kiermasz owszem, trafiła... Bardzo przekonująca argumentacja Orzeszka ("Mamo, to jedyny ratunek! Jakaś dziewczynka już chciała kupić Alicję i zabrać ją do domu!") zmusiła mnie do nabycia uszytej przez siebie lalki za zarobione przez siebie pieniądze.
Takich jak ja było ponoć 270...


piątek, 6 lutego 2015

Tekturowy świat




Choć niektórzy twierdzili inaczej, w styczniu zima nas nie rozpieszczała. Niezbitym dowodem niech będzie fakt, że na sankach byliśmy tylko raz. Nie żeby brakowało chęci, brakowało raczej śniegu. A jak nie ma śniegu, a jest deszcz i wichura – rozsądni ludzie siedzą w domu. Rację mają przy tym Starsi Panowie, że „w czasie deszczu dzieci się nudzą…” A kiedy się nudzą, nie pomogą dziesiątki zabawek, książek i filmów. Musi wkroczyć Rodzic.
- Nudzę się – zajęczał Orzeszek I po jakichś 3 minutach od wybebeszenia skrzyni z zabawkami.
- To pobaw się kucykami, które leżą na podłodze – zaproponowałam, sądząc, że taki był pierwotny plan.
- Nie mogę – odparło dziecko.
- Dlaczego? – zdziwiłam się.
- Nie mam pałacu dla Tłajlajt. Musisz mi go kupić, bo umrę z nudów! – Orzeszek zastosował klasyczny szantaż.
- Wiesz, tak naprawdę z nudów rzadko się umiera. - odrzekłam, licząc w myślach ileż to taki pałac może kosztować – Poza tym, może będziesz się nudzić mniej, jeśli zbudujesz ten pałac sama?
- Eee! – krytycznie ocenił Orzeszek – Taki z klocków się nie nadaje, za mały.
- A taki? – zapytałam, wyciągając z szafy pudełko po butach.
- Przecież to pudełko! – zdziwił się Orzeszek
- Owszem, - zgodziłam się – ale od czego masz wyobraźnię?
I tak rozpoczęła się nasza przygoda z tekturowymi budowlami i sprzętami. Zbudowaliśmy dwa pałace i wypasioną plazmę z pilotem, a potem wyszły nam pudełka i trzeba było poszaleć na wyprzedażach... Oczywiście tylko po to, by zdobyć budulec ;-)

poniedziałek, 19 stycznia 2015

Ciasteczkowe potwory




Muszę wyznać, że nie dbam o życie towarzyskie Orzeszków. Szczęśliwie nie są jeszcze w tym wieku, w którym rozsądnie jest stosować w tym zakresie jakąś formę prewencji… ta rozkosz dopiero przed nami. Natomiast organizowanie dziecięcych aktywności grupowych, warsztatów kreatywnych i innych kinderbali zwyczajnie mnie nuży i nie będę udawać, że nie. Nawet wyrodny rodzic ma jednak jakiś mniej lub bardziej intensywny instynkt oraz jakieś mniej lub bardziej wrażliwe sumienie.
Dlatego też, gdy od będącego niewątpliwym sukcesem balu księżniczek upływały kolejne, pozbawione podobnych doznań miesiące, zaś rodzice naszych ówczesnych gości, mimo nieśmiało składanych deklaracji, wciąż nie odważali się na sprowadzenie do swych niedużych mieszkań grupy wytwornych królewien (czyt. hordy barbarzyńców) – postanowiłam działać.
Pomysł nie był autorski, wziął się bowiem z blogowego czytelnictwa oraz miłości Orzeszków do mącznych wypieków. A że najlepiej smakuje to, co sami przygotujemy, padło na wieczór cukierniczy. Po domowej burzy mózgów, udało nam się wybrać dwa (zaczerpnięte stąd i stąd) przepisy na kruche ciasteczka i ustalić listę gości. Lista owa ograniczała się początkowo do dziewczynek obecnych na poprzedniej imprezie, jestem jednak osobą nieodpowiedzialną, więc w przypływie miłości bliźniego zaprosiłam jeszcze trzech chłopców oraz córkę przyjaciół. Ostatecznie piec ciasteczka miało dziewięcioro dzieci płci obojga, w wieku od lat 2 do 10. Zapowiadało się strasznie, ale jak już się naważyło piwa, to trzeba je wypić. Choć szczerze napisawszy, przy tej ilości młodzieży przydałaby się raczej seta dla kurażu.
Minimalizowanie ewentualnych strat rozpoczęłam od poinformowania rodziców gości, iż nie są mile widziani. Mogą oczywiście przyjść na degustację wypieków, ale od mojej kuchni wara. Obserwować proces twórczy pozwalam wyłącznie rodzicom dzieci (w proporcji 1:1, a nie 2:1) zamieszkałych o co najmniej  9 kilometrów od miejsca imprezy.  Szczęśliwie rodzice zrozumieli, nie obrazili się i stawili na poczęstunek przygotowany przez dzieci oraz jedną z obecnych mam (ja nie miałam siły nawet pomyśleć o dodatkowym menu dla dorosłych), dzięki czemu tego samego wieczoru bawiliśmy się na dwóch imprezach.
Potem, przy pomocy Orzeszków przygotowałam dwie kule kruchego ciasta (glutenowego i bez-), które do czasu kulinarnego szaleństwa umieściłam  w lodówce. Po naszych eksperymentach kuchnia nie wyglądała szczególnie dobrze, ale dało się ją odgruzować. Głęboko wierzę, że przy pomocy dziewiątki małych cukierników straty mogłyby okazać się nieodwracalne.
Następnie rozesłałam do rodziców gości sms-y o konieczności dostarczenia ozdób do ciastek, wałków i fartuszków. Wszyscy stanęli na wysokości zadania, bo dzieci przyjechały z lukrami i posypkami we wszystkich kolorach tęczy, a nawet z kremem czekoladowym z kaszy jaglanej (PYCHA!). Wałków wystarczyło dla wszystkich, zaś o założeniu fartuszków zapomnieli nawet gospodarze.
Przed pojawieniem się gości poddałam analizie krytycznej metraż swojej kuchni i z przerażeniem stwierdziłam, że wszyscy się nie zmieszczą. Od czego ma się jednak genialny umysł? Postanowiłam podzielić towarzystwo na dwie drużyny, bo przecież nic tak nie ożywia imprezy jak odrobina rywalizacji. Jedna drużyna pracowała więc w kuchni, a druga w salonie. Wiązało się to co prawda z koniecznością ukrycia dywanu oraz narażeniem na uszkodzenie stolika kawowego, ale podłoga przetrwała, a stolik był z Ikei. Na kapitanów drużyn wyznaczone zostały najstarsze przybyłe dzieci. Tak się złożyło, że byli to dziewczynka i chłopiec, więc i drużyny wybrali sobie według klucza płciowego.  W tym wieku hańbą byłoby współdziałać. Różnica zaznaczyła się jeszcze w jednym obszarze. Mimo że dzieci dostały równe ilości ciasta i ozdób, kobiety przygotowały trzy talerze misternie udekorowanych ciastek, mężczyźni – tylko jeden. Nie zmienia to jednak oczywistego faktu, że wszystkie ciastka były najpyszniejsze na świecie i zniknęły z talerzy jeszcze tego samego wieczoru, co zresztą nie dziwi przy takiej liczbie gości. 
W czasie wałkowania, wykrawania, pieczenia  i ozdabiania wszyscy goście okazywali ogromne zaangażowanie, zaś żegnając się zgodnie twierdzili, że bawili się wspaniale i chętnie to powtórzą Kwestię: „Ciociu, a kiedy będziemy znowu piec?” usłyszałam bez wątpienia siedem razy, a i to tylko dlatego, że własne dzieci zwykły mówić do mnie mamo. Ogólny bilans wyszedł na plus, po stronie „winien” jest tylko porysowany stolik, po stronie „ma”: „uśmiech dziecka nagrodą za trud wychowawcy”, nauka współpracy, pobudzenie kreatywności (kto widział na trzeźwo tęczowego łosia ręka do góry) i pewność , że dziewięcioro dzieci to nie za dużo na 45 m2. Polecam. Kto następny?

wtorek, 13 stycznia 2015

Ptasia restauracja



Po zachwytach wszystkich bliższych i dalszych znajomych, w końcu i my wzięliśmy się za "Rok z Linneą" Cristiny Bjork i Leny Anderson. Lekturę zaczęliśmy zgodnie z narzuconym harmonogramem w styczniu i zamierzamy kontynuować w kolejnych miesiącach. A że książka oferuje solidną porcję wiedzy przyrodniczej, a jednocześnie rozbudza dziecięcą ciekawość i świadomość - pojawił się POMYSŁ.
Pomysłem tym, skądinąd świeżym i wzruszającym, była ptasia restauracja "Karuzela", która pierwotnie miała się mieścić na naszym balkonie. 
Orzeszek I uznał, że nic nie stanowi wartości większej niż codzienne podziwianie posilających się ptaków, a już na pewno nie stanowi jej czysty balkon. Szczęśliwie udało mi się wyperswadować mu lokalizację. Musiałam przy tym odwołać się do sugestywnego opisu ptasich kup i naszej wieloletniej walki z jaskółkami oknówkami, ale opłaciło się. Jadłodajnia została przeniesiona na drzewo pod blokiem. Gości i tak możemy podziwiać codziennie w drodze do szkoły, więc aspekt edukacyjny pozostał. Na razie poznaliśmy Państwa Wróblewskich, Pana Mazurka i Panią (choć sądząc po barwie brzuszka to raczej pan) Sikorkę Bogatkę. Niestety jeszcze nie zrobiłam im kompromitujących fotek.



Zastanawiacie się może, co im serwujemy? Linnea podpowiada całą listę ptasich przysmaków. My zdecydowaliśmy się na tłuszczowo-słonecznikowe muffiny i fistaszki ze sznurka. Te pierwsze znikają do gołego sznurka w ciągu 2 dni, te drugie nie zyskały popularności (widać białostockie ptaki zimujące mają nieco inny gust niż sztokholmskie).
Muffiny przygotowujemy seryjnie ze stopionej słoniny i niełuskanych pestek słonecznika schłodzonych w silikonowych foremkach wraz z pętelką ze sznurka pakowego. Przechowujemy w lodówce i wywieszamy regularnie, bo przecież już przyzwyczailiśmy do nich naszych gości. 
Ptasie przysmaki pozbawiły nas co prawda przyjemności wieczornego pieczenia ludzkich muffinek, ale Orzeszki znoszą to dzielnie. Czegóż się nie robi dla SPRAWY!

niedziela, 28 grudnia 2014

Per aspera...






Nietrudno zauważyć, że od pewnego czasu piszę mniej. Sama zastanawiałam się dlaczego i długo nie mogłam dojść do sensownych wniosków. 
No bo owszem, mieliśmy w tym roku dłuuuugą jesień, która, jak wiadomo jest porą sprzyjającą depresji, owszem, czułam się stara i zmęczona, owszem, było kilka zawodowych stresorów, które wysysały ze mnie energię, ale... zawsze lubiłam pisać o Orzeszkach, zawsze mnie to odprężało i zawsze uśmiechałam się na myśl o nowej historii. I nagle przestało iskrzyć. Dlaczego?
Odpowiedź przyszła, gdy Orzeszek I męczył się z zadaną do domu czytanką, a ja męczyłam się z odpowiedzią na uwagę w zeszycie kontaktów: "Proszę dopilnować, żeby Gabrysia nie uczyła się czytanki na pamięć." Miałam właśnie napisać: "Proszę mi poradzić, jak mam to zrobić..." i wtedy mnie olśniło. Tym co mnie uwiera jest poczucie pedagogicznej porażki.
Orzeszek I ma problemy z czytaniem. Jest w grupie zagrożenia dysleksją. Czytać nie chce, bo mu nie wychodzi. Z pisaniem jest ok, z liczeniem też, ogólny poziom mocno nierówny. Poczytałam, pomyślałam i kierując się głównie intuicją, czytanie na razie odpuściłam. Postawiliśmy na doskonalenie pozostałych umiejętności, bo to buduje wiarę w siebie. Poza tym była ciuciubabka dźwiękowa, sylabowanie i rymowanie oraz rysowanie obiema rękami. Tekst z elementarza traktowaliśmy jak materiał do edukacyjnych zabaw. Zazwyczaj osiągaliśmy tyle, że po dwóch godzinach Orzeszek znał go na pamięć. Na początku grudnia coś zaskoczyło. Zaczęliśmy próby z czytaniem sylabowym. Orzeszek przestał się tak szybko zniechęcać i powoli zaczął składać wyrazy. Nadal czuje się pewniej, jeśli zna czytankę na pamięć, ale postęp jest widoczny. Z książki "Nauka czytania bez literowania" czyta codziennie po jednym krótkim tekście. Wydawałoby się, że osiągnęliśmy sukces.
Niestety, system edukacji jest jaki jest. Niby wszyscy w szkole wiedzą o problemach Orzeszka, niby chodzi na zajęcia kompensacyjne, ale... Wychowawczyni potrafi co jakiś czas przypomnieć, że czytanie trzeba ćwiczyć codziennie, albo powiedzieć przy dzieciach:  "Świetnie, że skończyliście, ale poczekajmy na Gabrysię." Sądziłam, że przy 16-osobowej klasie łatwiej będzie o indywidualne podejście do uczniów, ale jeśli co jakiś czas o takim podejściu nie przypomnę, podpierając się oczywiście sugestywnym opisem własnych wysiłków pedagogicznych, próżna nadzieja. 
Sensownych pomysłów na wspomaganie potencjału Orzeszka poza szkołą nie ma nikt, ani wychowawczyni, ani logopeda, ani pani od zajęć kompensacyjnych. Ta ostatnia sama się jeszcze uczy, więc podobnie jak my działa na chybił trafił. Godzina prywatnej terapii pedagogicznej kosztuje 60 zł. Kiedy podliczam koszty, myślę, że to dużo, ale kiedy co wieczór muszę pokonywać dziecięcy opór i brak wiary we własne możliwości, myślę już zupełnie inaczej. 
Najbardziej męczy mnie chyba ciągłe tłumaczenie, że my naprawdę pracujemy z Orzeszkiem w domu. Dobrym przykładem jest Pani logopeda, która uznała, że nie ćwiczymy zadanych wyrazów z kostką do gry, jak zaleciła, bo Orzeszek za każdym razem zlicza kropki. Przecież, gdyby regularnie ćwiczył w domu, pamiętałby ich układ. Zapewne... Gdyby kodował układ symboli, nie miałby problemu ani z kostką, ani z czytaniem. Niestety, problem ma.
Potrzebowałam trochę czasu, żeby to ogarnąć, ale w końcu pomyślałam: "Olej to." Zostaję więc wystarczająco dobrą matką swojego wystarczająco dobrego dziecka.

piątek, 19 grudnia 2014

Niemoc twórcza



Nietrudno zauważyć, że dawno tu nie zaglądałam. Nie żeby brakowało mi inspiracji... tej nie zabraknie mi chyba nigdy. Orzeszek I jest nieodmiennie bezczelny, a i Orzeszek II rozwinął się ostatnio lingwistycznie tak, że przestaję nadążać. Są jednak chwile, gdy to, czego doświadczam jest nie do opisania. 
Niedostatki intelektualne, szantaż emocjonalny i czyste szaleństwo... taka sytuacja.
Pewnego dnia wolnego wchodzę, nic nie podejrzewając, do pokoju dziecięcego i zostaję uderzona różnorodnymi bodźcami w ilości wystarczającej na trzy sterane życiem matki. 
Orzeszek I zalicza piąty poziom "Znajdź różnice z Barbie", katując moje uszy popiskiwaniem urządzenia mobilnego i moje serce żałosnym jękiem: "Pomóż mi, jak mnie kochasz!". Jestem stara, ślepa na jedno oko i choć kocham nad życie, różnice przestaję dostrzegać już na poziomie trzecim. Zupełnie zasłużenie otrzymuję więc miano wyrodnej matki i jeszcze żałośniejszy jęk: "Bo ty mnie nie kochasz!". Mało?
W tym samym czasie z niejaką fascynacją zauważam Orzeszka II, który stoi na stoliku bez ubrania, ale za to w czepku kąpielowym i wyraźnie szykuje się do skoku pomiędzy leżące na podłodze poduszki. Wyjaśnianie skomplikowanych kwestii uczuciowych trzeba zostawić na później. Zabezpieczam teren i pytam młodsze dziecko, co robi. Ono zaś radośnie odpowiada: "Będę pywać!" i... skacze.
Może to i śmieszna historia, jednak za każdym razem gdy mnie spotyka, doświadczam zdumiewającej niemocy twórczej. Chyba przez narastający ból głowy.